niedziela, 3 marca 2013

3. One step closer.

I threw my hands in the air I said 'show me something'
He said 'if you dare come a little closer.'

Zasnęłam jakoś po szóstej. Nie słyszałam jak Kasia wróciła, ale pewnie krótko po tym jak zamknęłam oczy. Wstałam po 5 godzinach. Budzik nie zadzwonił, bo nawet go nie nastawiłam. Zapomniałam z tego wszystkiego. Tak przyjemnie świeciło słońce, mróz dawał się we znaki, śnieg nie chciał topnieć. Otworzyłam oczy i pamiętam, że pierwsze co zrobiłam to spojrzałam na szafkę nocną. Czyli to mi się nie przyśniło. Karteczka leżała. Czekała. Musiałam to sobie jakoś uporządkować, a więc: poznałam piłkarza. Nie byle jakiego piłkarza. Przegadałam z nim całą noc. Chciał mnie pocałować. A ja, dzikuska, odjechałam. Nie kurde, nie mogłam dłużej czekać, musiałam z kimś o tym pogadać. Leżąc cały czas chwyciłam torbę z aparatem, która leżała koło łóżka i spojrzałam na jego zdjęcie. Nie skłamię jak powiem, że z miejsca zrobiło mi się ciepło i wcale nie chciało mi się już spać. Poderwałam się jak poparzona i poleciałam na dół do Cathy. Jeszcze spała. Tak bardzo nie chciałam jej budzić, ale jednocześnie nie mogłam dłużej czekać żeby nie opowiedzieć jej co się zdarzyło ostatniej nocy. Po cichu weszłam do niej do pokoju i wgramoliłam się bezpańsko do jej łóżka.
- Kasiaaaaa? Śpisz?
- mhmmmm - mruknęła półgębkiem nawet się nie ruszając.
- Wolałabym żebyś już nie spała, wiesz? Muszę ci coś powiedzieć.
- mhmmmm - teraz się poruszyła, ale cały czas nieprzytomna.
- Zrobię ci kawy, ale błagam, wstań! - odpowiedziałam i zaczęłam ją szturchać
- A nie możesz z tym poczekać z godzinkę? - bąknęła niezrozumiale powoli otwierając oczy.
- NIE. Kaśka, ja kogoś poznałam.
- Nie dziwne, w końcu byłaś na jakimśtam rozdaniu nagród, sław od cholery i jeszcze trochę.
- No tak, ale tu nie o to chodzi. Chodzi o faceta.
No, obudziła się. Usiadła, dałam jej minutę na ogarnięcie się w jakim świecie żyje i zaczęłam swój wywód. Opowiedziałam jej wszystko od początku do końca. Od tej pieprzonej karty, do karteczki z numerem telefonu. Pokazałam zdjęcie.
- ...no, i teraz jestem w dupie, że tak powiem.
- Anka, facet na ciebie niewątpliwie leci, na dodatek taki facet, a ty mi mówisz że jesteś w dupie? Weź się zastanów co ty mówisz.
- Ale ja nie wiem co mam teraz zrobić? Co, zadzwonić i powiedzieć "no hej, to ja Anka, ta sierota co prawie zgubiła kartę, potem gadała z tobą całą noc i na koniec nie dała się pocałować, co tam?" ?!
- Nie, kretynko. Powiedz mi tylko jedną rzecz - zakochałaś się?
- Nie. Nie wiem. Kuźwa, myślałam o nim jak szłam spać, myślałam o nim jak wstałam, cały czas o nim myślę.
- Czyli się zakochałaś... - odpowiedziała mi z uśmiechem na ustach.
- Nie! Nie wiem jak to określić. Wczoraj było tak fajnie, tak... inaczej. Otworzyłam się, naprawdę, nie poznałabyś mnie, sama siebie nie poznałam. Tzn. wiesz, byłam cały czas tą samą Ann, ale... od czasu wyjazdu z Poznania nie bardzo garnęłam się do facetów.
- Zadzwoń do niego.
- Nie.
- To napisz.
- Ale co?
- Cokolwiek. Może też zarzuć jakimś cytatem? Niech trochę pomyśli.
- Nie wiem... chciałabym się z nim jeszcze zobaczyć. Żebyś ty widziała jak on patrzył...
- No to na co czekasz? Pakuj tyłek w samochód i heja do Dortmundu! Pół godziny i jesteś na miejscu.
- Taaa, i co dalej?
- Dalej mu napiszesz że jesteś, czekasz i pachniesz.
- Weź się lecz - odpowiedziałam wkurzona, no bo dla niej to wszystko wydawało się takie proste, jak 2+2.
- Nie 'się lecz', tylko tak! Czekaj... daj mi lapa.
- Po co ci? - wiedziałam że coś kombinuje...
- Już ja wiem.
Po 15 minutach okazało się że jutro BVB gra mecz. Że powinnam załatwić sobie legitkę prasową i tam pojechać.
- Okej, bo nie dasz mi żyć! Ale jedziesz ze mną, bez dyskusji!
- Sorry, Ania, mam dyżur.
- To ja nigdzie nie jadę - zwinęłam żagle i już miałam iść na górę.
- JEDZIESZ. Koniec kropka. Tylko napisz mu po meczu że jesteś, bo się biedny wystraszy i jeszcze bramki nie strzeli, czy coś.
- Spadaj - wytknęłam jej język i 'z fochem' poszłam do siebie. Prawdę mówiąc, byłam jej wdzięczna za to, co dla mnie robi. To ona miała zawsze głowę na karku w tych sprawach i pewnie bez niej bym zginęła. Na obiad zamówiłyśmy pizzę. Ja się ogarnęłam, zdjęcia obrobiłam i przed 22:00 wysłałam do akceptacji.
Non stop nie dawał mi spokoju. Pół nocy spędziłam w internecie w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji o nim, wiesz, żebym nie wyszła na idiotkę. Rano miałam dostać odpowiedź czy będę mogła jutro pojechać, czy nie. Następnego dnia o dziwo o 9:00 już byłam na nogach. Maila brak. Chodziłam w kółko i wyobrażałam sobie co ten biedny Marco sobie myśli, ponad dobę bez odzewu. A może w ogóle nie myśli? Może on jest z tych, co zbajeruje i zapomni? Nieee, na takiego nie wyglądał, może i nie mam szczęścia do ludzi, ale jakby kłamał prosto w oczy to bym się połapała. Cóż, może się wszystko dzisiaj wyjaśni. Tak, wyjaśni się! Udało się, mam papier, jadę! ...no prawie. Pozdrawiam siebie, akumulator w samochodzie umarł. I co teraz? Czekała mnie przejażdżka pociągiem, mecz był na 20:00, czyli trzeba być z 2 godziny wcześniej, ogarnąć to i owo, potem 2 godziny meczu, po meczu, może uda nam się zobaczyć... tak czy inaczej - o 0:45 miałam ostatni pociąg i musiałam tak zorganizować czas, żeby się wyrobić. Obładowana sprzętem ruszyłam na spotkanie... znaczy się, na mecz. Tyle razy widziałam piłkarzy w akcji, jednak wchodząc na SIP przeszedł mnie dreszcz. Tam było jakoś inaczej. Znalazłam bardzo ciekawe miejsce, założyłam oczojebną kamizelkę z napisem 'foto' i czekałam. Powoli zaczęli się zbierać kibice. Patrzyłam na nich i nie dowierzałam. Tyle ludzi przychodzi na jeden mecz, automatycznie na trybunach zrobiło się żółto-czarno. Ekscytacja wzbierała w ludziach z każdą minutą. Czas, właśnie... zostało 10 minut do meczu. Trzęsłam się niesamowicie, nie wiem czy z zimna, czy z podniecenia, czy też z innej cholery. Nie wytrzymałam. Napisałam do niego. "Będę czekała po meczu przy bramie wjazdowej. Nie wiem czego się życzy piłkarzom, dlatego powodzenia. A.". Poszło. No to show must go on, jak to się mówi. Cała drużyna prezentowała się przepięknie. Pierwszą bramkę strzelił Lewandowski, i to już w czwartej minucie! A potem Marco... z asystą Kuby. Kibice oszaleli. A ja razem z nimi. Marco się cieszył jak głupi, a mi się chciało płakać ze szczęścia że go poznałam. Że go teraz widzę. Że stanął na mojej drodze. Druga połowa meczu była równie ciekawa co pierwsza, Mario strzelił trzecią bramkę i tym sposobem Borussia wygrała 3:0. Miałam całe mnóstwo zdjęć, wszystko szło zgodnie z planem. Kilka minut po meczu zwinęłam żagle i ruszyłam w kierunku wyjścia. Spojrzałam na zegarek - 22:22. Ekstra, czyli że ktoś mnie kocha. Ładna ściema. W końcu przepchałam się przez tłum rozentuzjazmowanych kibiców i nie pozostało mi nic innego jak modlitwa że odczyta tego smsa i się pojawi. 22:30. 5 minut, 10, pół godziny... zamarzałam tam powoli na tym krawężniku. Nagle pojawił się cień nadziei, zaczęli wychodzić. Dziwne, Kuba chyba mnie poznał.
- Cześć, byłaś na meczu?
- Byłam, nawet zrobiłam trochę zdjęć, gratuluję!
- Dzięki. Marco zaraz wyjdzie - odpowiedział, a mi zrobiło się automatycznie gorąco.
- A skąd ten pomysł że ja na niego czekam?
- Hahaha, no to ja idę, dobranoc! - uśmiechnął się i poleciał w stronę samochodu.
Ekstra. Czyli teraz będę na świeczniku. Na pewno coś o mnie nagadał chłopakom, nie mógł się powstrzymać. Super... powkurzałam się trochę, ale wszystko minęło jak go zobaczyłam. Szedł sobie, w dresie, jak gdyby nigdy nic. Zobaczył mnie. Oczy to mu się wręcz zaświeciły.
- Anna, jak dobrze cię widzieć! - podszedł i przytulił mnie tak mocno, że w ogóle nie czułam że na dworze było -10 stopni.
- Mów mi Ania. Ja też się cieszę! Gratuluję wygranej!
- Dziękuję. Widziałem cię chwilę, wiesz?
- Tak? O, fajnie. - świetnie, już go zobaczyłaś i nagle zabrakło ci języka w gębie.
- ...ale smsa przeczytałem przed meczem. Nawet nie zdajesz sobie sprawy ile mi to dało siły! No i ta bramka, ona była dla ciebie.
Wryło mnie. Dla mnie. Strzelił dla mnie.
- Dziękuję, jej, ale mi teraz głupio...
- Dlaczego? W sumie myślałem że odezwiesz się wcześniej, wczoraj nie mogłem się na niczym skupić, myślałem że zgubiłaś kartkę albo coś...
- Nie zgubiłam. Cały czas ją mam. - i uśmiechnęłam się szczerze.
- Długo tu zostaniesz? Może byśmy coś zjedli, konam z głodu...
Spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze 2 godziny.
- Nie mam za wiele czasu, bo przyjechałam pociągiem, ale dobrze, chodźmy gdzieś.
- Zapomnij o pociągu. Odwiozę cię.
- No chyba zwariowałeś! Jesteś zmęczony po meczu, jeszcze będziesz mnie odwoził, nie ma mowy.
- Weź, obrażasz mnie w tym momencie. Daj te torby i chodź do samochodu, jest strasznie zimno - odpowiedział, wyrwał mi wręcz pokrowce z ręki i ręką wskazał samochód. Ładny, szybki. Nie znam się na markach, jak z resztą większość kobiet. Nie pozostało mi nic innego jak ruszyć za nim  i czekać na propozycje. Pojechaliśmy do małej knajpki. Nie dziwne, pewnie chciał mieć trochę prywatności i spokoju po meczu. Zamówiliśmy kolację i znowu gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Zapytałam go czy zdążył już wszystkim o mnie powiedzieć, to zaczął się śmiać i odpowiedział że tylko trójca i Mario wiedzą. Ja za to podzieliłam się wiadomością że zostałam tu wręcz przywieziona siłą przez Kasię bo według niej nie myślę logicznie. Spędziliśmy całkiem miły wieczór. Było kilka minut po północy.
- Czyli mam zapomnieć o pociągu, tak? Bo jeszcze mam taką możliwość...
- Myślałem że już o nim zapomniałaś przy stadionie.
- No nie - i zaczęłam się śmiać.
- Bardzo jesteś zmęczona? Chciałbym ci coś pokazać. - powiedział i wyszliśmy za rękę z restauracji. Myślałam że zaprowadzi mnie do samochodu. Ale nie, poszliśmy alejką w stronę takiego jakby balkonu, z którego rozpościerał się przepiękny widok na oświetlone centrum Dortmundu. Rozmarzyłam się. Nie mogłam ogarnąć wzrokiem tego wszystkiego.
- Ale macie tu pięknie! - westchnęłam, a w tym czasie Marco stanął za mną, objął w pasie i oparł głowę o moje ramię. Myślałam że tam odlecę z radości. Złapałam go za ręce i staliśmy w ciszy kilkanaście minut patrząc na zasypiające miasto i czując każdym skrawkiem ciała swoją obecność. Gdyby nie to, że było strasznie zimno mogłabym tak stać do rana. Owszem, biło od niego takie ciepło jakiego nigdy nie doświadczyłam i wcale nie chciałam przerywać tej chwili, ale wiedziałam że kiedyś będę musiała wrócić do domu.
- Już późno...
- Znowu chcesz uciec? - zapytał cały czas trzymając mnie w pasie, wtedy chyba nawet jakby mocniej
- Nie chcę. Ale muszę wracać do domu. Proszę, odwieź mnie.
- Dobrze. Ale obiecaj mi coś. - puścił mnie i wtedy odwróciłam się żeby na niego spojrzeć.
- Tak?
- Zobaczymy się jeszcze. Nie pytam ciebie, tylko stwierdzam. Przyjedziesz do mnie i wtedy pokażę ci cały Dortmund. Spodoba ci się, zobaczysz.
- Obiecuję. - odpowiedziałam i wtedy coś we mnie pękło. Sama go pocałowałam. I na co ja czekałam, wtedy, tam na parkingu? Może na tą pewność, której nabrałam właśnie tej nocy? Od tej chwili wiedziałam na pewno - byłam zakochana. Na amen. To się czuje. Tak po prostu.

(...) feel like I can't live without you
And it takes me all the way
I want you to stay.