I wanna be with you
I wanna feel your love
I wanna lay beside you
I can not hide this even though I try.
Jechaliśmy w ciszy, a na naszych twarzach gościł uśmiech i spokój. Tzn. ja miałam ochotę śmiać się i skakać z radości, bo endorfiny w moim organizmie urządziły sobie niezłą imprezę. Za to Marco całkiem nieźle się maskował. Co chwilę patrzył się na mnie, a raz udało mu się pomylić skrzynię biegów z moim kolanem, oczywiście przez przypadek... oczywiście. Stanął pod samą klatką, otworzył drzwi jak prawdziwy dżentelmen i zaprowadził pod sam domofon. Było jakoś po pierwszej.
- Muszę podziękować twojej przyjaciółce. - zaczął nieśmiało opierając się o ścianę bloku
- Za co?
- Za to, że kazała przyjechać ci dzisiaj do Dortmundu.
- Tyle że jej teraz nie ma w domu, wróci nad ranem... ale przekażę. - uśmiechnęłam się.
- Okej, dowiem się czy to zrobiłaś.
- Niby jak?
- Już ja mam swoje sposoby! - i zaczął się ze mną droczyć. Był taki kochany jak się uśmiechał. Gdybym mogła to tylko bym się na niego patrzyła. Miał takie fajne iskierki w oczach, chociaż praktycznie nie było ich widać, bo je mrużył.
- Jedź już... jutro pewnie masz trening z samego rana.
- Coś tam mam...
- A ja ciebie zatrzymuję... napisz do mnie jak dojedziesz do domu, dobrze? Jest ślisko na drodze.
- Okej...
Podeszłam do niego, dopięłam mu kurtkę, poprawiłam szalik, położyłam dłonie na jego ramionach, lekko wspięłam się na palcach i sprzedałam mu buziaka.
- A to na drogę. - odpowiedziałam, uśmiechając się - dobranoc.
- Bardzo dobra. - wplótł swoje palce w moje ściskając jednocześnie mocniej moją dłoń i po chwili ją puścił, żeby udać się do samochodu.
Wzrokiem odprowadziłam go do auta, a gdy już zniknął z pola widzenia, wpisałam kod do domofonu i weszłam do mieszkania. Ledwo zamknęłam drzwi to już się o nie oparłam i osunęłam bezwiednie na podłogę. Dzisiejszego wieczoru spotkało mnie tyle szczęścia, ile nie doświadczyłam w ciągu całego mojego życia. O rany, wariatka ze mnie, wiem. Uśmiechałam się sama do siebie siedząc na chłodnej posadzce i analizując co się tak naprawdę dzisiaj wydarzyło. Dwa spotkania wystarczyły, żeby obudzić we mnie uczucia, których albo nie posiadałam, albo się przed nimi broniłam. Niechętnie podniosłam się z podłogi, zdjęłam kurtkę i buty i skierowałam się w stronę kuchni. Herbata rozgrzała mnie od wewnątrz, a prysznic uspokoił. Wróciłam do pokoju, a na ekranie telefonu pojawiła się wiadomość. Marco. "Jestem w domu. Śpij dobrze. x". Odpisałam mu krótko "Ty też. Kolorowych snów :)" i położyłam się w moim wielkim łóżku. Byłam zmęczona, a jednocześnie tak szczęśliwa, że tej nocy śnił mi się wyłącznie on.
***
Następne 3 dni minęły dziwnie spokojnie. I nudno. Ja w Essen, on w Dortmundzie. Jak nie treningi, to jakieś reklamy, wywiady, wyjścia 'służbowe'. A jak już wracał do domu, to był w stanie zadzwonić i powiedzieć że pada na twarz. Szanowałam to, bo co innego mi zostało. Taka praca. A też nie chciałam zachowywać jak małe dziecko, któremu zabrano misia. To nie w mojej naturze. Zazwyczaj przeżywam wszystko wewnątrz.
Następnego dnia obudził mnie dźwięk smsa. Kto normalny dobija się do śpiącej królewny (czytaj: mnie) o siódmej rano?! Odpowiedź jest prosta - Marco. "Dzień dobry!". Dzień dobry? O tej godzinie? Przecież to jeszcze noc! Tak bardzo nie lubiłam się budzić wcześniej niż bym chciała, ale uśmiechnęłam się. Zawsze szczerzyłam zęby jak widziałam kto jest nadawcą. Odpisałam mu "Chyba chciałeś napisać dobranoc. A tak dobrze mi się spało..." Odpowiedzi nie dostałam. To znaczy dostałam. Ale nie taką jakiej się spodziewałam. Dzwonek do drzwi. Szłam jeszcze zaspana w przydługich spodniach dresowych i wyciągniętej koszulce z jednym wielkim nieogarem na głowie. Spojrzałam przez wizjer a tam... on. Podskoczyłam jak oparzona. Matko, jak ja wyglądam?! No trudno, jeżeli żywi do mnie jakieś pozytywne uczucia, to przełknie to jak wyglądam.
- Dzień dobry, śpiąca królewno, raz jeszcze!
- Co ty tutaj robisz o tej porze? - odparłam zaskoczona, poprawiając sobie włosy.
- Porywam cię. Masz 10 minut na to żeby się doprowadzić do porządku.
- Ale...
- Ćśśśś, o nic nie pytaj. Tęskniłem - i w tym momencie pocałował mnie czule. Nie ukrywałam tego, że czekałam na to 3 dni, bo odwzajemniłam pocałunek wplatając swoje palce w jego włosy. - no dobra, masz piętnaście minut, jak tak ładnie prosisz.
- Ja też za tobą tęskniłam - odpowiedziałam chwytając go za rękę i prowadząc do kuchni. - Chcesz kawy?
- Powiedz gdzie jest to sobie zrobię, ty leć się przebrać.
- Co ty taki w gorącej wodzie kąpany?
- Nie chcę stracić ani chwili, a wschód słońca nie będzie czekać.
- Hmmmm, dobra, w szafce masz kawę, a na stole cukier. Daj mi chwilę.
Poleciałam do łazienki, ochlapałam się i zrobiłam sobie warkocza. Naciągnęłam dżinsy, granatowy sweter, szybki makijaż i już byłam gotowa... szczerze mówiąc nie wiadomo na co.
- No ja już. - odpowiedziałam, a Reus zmierzył mnie od góry do dołu podstępnie się uśmiechając. - No co? Coś nie tak?
- Piękna jesteś, wiesz? - automatycznie moje policzki nabrały różowego koloru - i pięknie robisz dzióbek jak się zawstydzasz.
- Spadaj. - burknęłam uśmiechnięta - Jesteś głodny?
- Nie mamy na to czasu. Ubieraj kurtkę i lecimy.
- Jezu, gdzie?
- Zobaczysz.
Naprędce ubierałam trapery, kurtkę, czapkę, szalik i rękawiczki, zamknęłam mieszkanie i schodziliśmy na dół. Jeszcze było ciemno, w końcu mieliśmy styczeń. Lampy oświetlały osiedle, a śnieg skrzypiał pod nogami. Było cholernie zimno.
- Chcesz ze mną spędzić cały dzień? - zapytał lekko zdenerwowany.
- To taka forma wynagrodzenia ostatnich dni?
- Powiedzmy. Przepraszam, nie miałem nawet godzinki żeby się wyrwać.
- Nie musisz mnie przepraszać, głupku. Z przyjemnością spędzę z tobą dzień - odpowiedziałam i pocałowałam go w policzek.
Ledwo wyjechaliśmy z miasta, Reus zatrzymał samochód na jakimś parkingu. Było ciemno, więc z początku nie wiedziałam gdzie jesteśmy. Jak później się okazało, był to parking przed pałacykiem, jednym z najpiękniejszych jakie kiedykolwiek widziałam. Niestety, nie było mi dane wejść do środka, Marco zaprowadził mnie do parku okalającego ten piękny budynek. Powoli wschodziło słońce, stanęliśmy na mostku przy zamarzniętym oczku wodnym. Przy naszych nogach stał koszyk.
- Ale tu pięknie. - odparłam zupełnie szczerze. Już sobie wyobrażałam jak wyjątkowo musi być tu latem.
- Mam coś dla ciebie - odpowiedział i otworzył koszyk. W środku był termos z herbatą i gorące rogaliki. - Głodna?
- Strasznie! - i zaczęłam się śmiać. W życiu nie jadłam śniadania na moście, zimą, o wschodzie słońca, na dodatek z osobą która dawała mi tyle radości ile nie byłam w stanie udźwignąć.
- To jeszcze nie koniec - dodał po zjedzeniu posiłku.
- Domyślam się. - odparłam z uśmiechem, cholernie ciekawa co jeszcze wymyślił mój porywacz...
W swojej głowie zaprowadzam pokój...