wtorek, 26 lutego 2013

2. You make me wanna say...

And maybe this is goin' too fast
And maybe it's not meant to last

Maybe you could take me in
Somewhere underneath your skin?

Dobrnęłam jakoś do końca tego dywanu. Oczywiście całkowicie rozkojarzona. Nawet nie wiem jak wyszły zdjęcia, średnio mnie to obchodziło. Jezu, Anka, obudź się, jesteś w pracy - mówiłam sama do siebie. Razem z tłumem fotoreporterów w moich niebotycznie wysokich (no dla mnie 8 cm to jest naprawdę dużo) szpilkach przeszłam do sali, w której wręczali te całe nagrody. Jakiś względnie miły pan posadził mnie z prawej strony, powiedział gdzie mogę stać i robić zdjęcia, no i nie zapomniał dodać, że po wszystkim jest tzw. after, ale bez aparatów. Wiadomo, prywatność, pijaństwo... ech, ci piłkarze, wiesz o czym mówię. Jedna nagroda, druga, trzecia... nagle "Transfer Roku" - Marco Reus. Okej, niech sobie idzie, gratulacje, statuetki, kwiaty i inne duperele. I chyba pomyślałam sobie w złą godzinę, bo z tłumu wiwatujących piłkarzy wyłonił się On. Mój wybawca od karty. Ciśnienie podskoczyło mi chyba do trzystu, jak nie więcej. Zaraz podleciałam pod scenę jak ninja (co w szpilkach jest nie lada sukcesem), cyknęłam kilka fotek i opadłam na fotel jak kłoda. Czyli ma na imię Marco - już coś wiem, sukces. Cała ta nadmuchana szopka skończyła się w półtorej godziny. Całe szczęście bo dłużej bym nie dała rady latać z fotela pod scenę, dobrze że moja kondycja miała się dobrze. Potem dawaj szybko 'na ściankę', zdjęcia z nagrodami, wywiady, gratulacje, uściski, okrzyki... W tłumie dostrzegłam mojego kolegę z Berlina, który zaprosił mnie do swojego stolika. Ależ mi się nie chciało iść, o panie... Ktokolwiek wymyślił tę całą akcję ze strojami wieczorowymi niech zginie i przepadnie. Pół godziny później siedziałam na schodach w kącie i masowałam stopy. No czułam że następnego dnia będę płakać z bólu. Aż tu nagle...
- Dobry wieczór - odezwał się ktoś, zapewne do mnie, bo nikogo innego nie widziałam.
- Średnio dobry, ale dziękuję za troskę - odpowiedziałam praktycznie do siebie, ale odwróciłam głowę żeby nie wyjść na niegrzeczną... o kurwa.
- Może pomóc? - uśmiechnął się i podał rękę. To tacy dżentelmeni jeszcze żyją?!
- Jak masz jakieś wygodniejsze buty... - no i masz, znowu pierdzielę od rzeczy. Zaśmiał się. Jak się uśmiecha, to zawsze robią mu się takie fajne zmarszczki ;)
- Wiesz, Anna, butów nie mam, ale podobno serwują dobre znieczulenia w barze.
- Wybacz, ale jestem samochodem - odpowiedziałam powoli wstając oparta o jego ramię
- No to co, zostawisz samochód na parkingu, wrócisz taksówką, a rano sobie odbierzesz, no chodź, nie daj się prosić!
- Tyle że ja przyjechałam z Essen i trochę ciężko będzie mi wrócić do domu taksówką.
- Szkoda... no ale rozumiem. - kurde, naprawdę było mu przykro! Widziałam to w jego oczach. No i musiałam jakoś zareagować.
- Poczekaj tu chwilę. - ubrałam buty i chwyciłam torbę z aparatem
- Coś się stało?
- Zaniosę to tylko do auta i zaraz wracam, okej?
- No dobra, ale po co? - ludzie są czasem naprawdę ślepi...
- Bo trochę ciężko by mi się tańczyło z torbą, nie sądzisz? - odpowiedziałam mu najgrzeczniej jak tylko potrafiłam bo miałam ochotę się roześmiać.
- No tak. Głupi jestem.
Nie dałam rady - buchnęłam śmiechem. On też. Nie tracąc czasu ruszyłam przed siebie szczerząc się do wszystkich ludzi dookoła. Wariatka. W minutę dotarłam do samochodu - jezu, ależ było zimno! Włożyłam torbę do bagażnika, zabrałam kopertówkę i usiadłam. Musiałam chwilę pomyśleć, ochłonąć. Zastanawiałam się co ten facet w sobie ma, że jestem przy nim taka radosna. Taka... inna. Przecież ja się tak nie zachowuję, zawsze z tyłu, wręcz niewidzialna. Powiedziałam sobie, że chcę spędzić ten wieczór tak, żebym ani go nie żałowała, ani też zbytnio nie zwariowała. Szybko zamknęłam samochód i puściłam się pędem do drzwi hotelu, bo zaczął sypać śnieg, a ja w samej kiecce, bez kurtki. Nagle przestały boleć mnie nogi i poczułam, że przestałam się spinać. I wiesz co było dalej? Stał przed wejściem i na mnie czekał. Na wesołego to on nie wyglądał.
- Zwariowałaś?! Wychodzić tak na mróz bez kurtki?
- Ciepło jest! - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się - a właściwie to co ty tutaj robisz? Nie miałeś czekać przypadkiem na górze?
- Szczerze? Myślałem że sobie pojedziesz... ale teraz mi nie uciekniesz. - spojrzał na mnie cwaniackim wzrokiem i chwycił za rękę.
- To była groźba?
- Interpretuj to jak chcesz - chwycił mnie mocniej i wręcz pobiegł ze mną schodami na górę, a potem na salę. Modliłam się w duchu żeby się nie wywalić, albo żeby nie zacząć piszczeć. Zatrzymał się centralnie przed parkietem i popatrzył na mnie tymi swoimi pięknymi ślepiami. Nogi mi zmiękły.
- Droga pani fotograf, czy zechciałaby pani ze mną zatańczyć?
- Ależ naturalnie, nagrodzony panie piłkarzu!
Po drodze rzuciłam torebkę na swoje krzesło i w tym czasie zmienili utwór i z imprezy zrobiła się pościelówa. O damn... myślałam, że takie historie zdarzają się w bajkach albo innych filmach. Zabierzcie mnie stąd, teleportujcie lub cokolwiek, ja zgłaszam nieprzygotowanie do życia! Niestety, było już za późno. Pianino, pani śpiewająca utwór którego nie słyszałam jeszcze nigdy dotąd. Sunęliśmy lekko po parkiecie, a dla mnie zatrzymał się czas. Słuchając tej piosenki wpatrywałam się w niego jak w święty obrazek. Analizowałam tekst...

If I'm not in love with you
What is this I'm going through
Tonight
And if my heart is lying then what should I believe in
Why do I go crazy
Every time I think about you baby
Why else do I want you like I do
If I'm not in love with you

Przecież ja go znałam tylko kilka chwil. Znałam - za dużo powiedziane, jak można powiedzieć że się kogoś zna, skoro na tamtą chwilę znałam jego imię i nazwisko? Nie jestem dzieckiem, powinnam trzeźwo patrzeć na świat... ale wtedy... jakoś się nie dało. Po tej piosence poszliśmy usiąść w bardziej ustronne i ciche miejsce. Rozmawialiśmy do czwartej rano śmiejąc się i żartując co chwilę. Dowiedziałam się w jakim klubie gra, czym się zajmuje, ja opowiedziałam mu jak właściwie znalazłam się w Niemczech, o mojej przygodzie z fotografią. Taka niby niepozorna rozmowa. Już wtedy czułam, że mogę mu powiedzieć wszystko. Niestety jak to zazwyczaj bywa, każda impreza ma swój początek i koniec. Czas było się zbierać, następny dzień miałam wolny (z resztą jak każdy inny), ale nie uśmiechało mi się wrócić później niż Kasia wróciłaby z dyżuru w szpitalu.
- Marco?
- Tak?
- Muszę...
- Tylko mi nie mów, że musisz już jechać... - co się zląkł to byłam w szoku.
- No zgadłeś!
- Ale jeszcze tyle...
- Wiem. Ale jest późno.
- No to co? - zapytał zdziwiony, a ja się roześmiałam. Wstałam, on automatycznie zrobił to samo. Chwyciłam go za ręce, spojrzałam wzrokiem który mówił "ja też chciałabym jeszcze tobie tyle powiedzieć, ale muszę już iść, chociaż tak bardzo tego nie chcę". Że nie spłonęłam tam żywcem to cud. Jej, jak on mnie peszył...
- Marco, naprawdę muszę już jechać.
- No to chociaż cię odprowadzę, proszę?
- Okej - i razem ruszyliśmy w stronę szatni. Ubrałam płaszcz i szal, gdy przed drzwiami zorientowałam się że zapomniałam wziąć torebki. Blondyn ruszył po nią, trochę długo go nie było ale tłumaczył się kolejką. No okej. Stojąc przy moim samochodzie chciałam się jakoś pożegnać. Nie wiedziałam czy się jeszcze zobaczymy. Nic nie wiedziałam. Nie lubiłam takiej niepewności.
- To był naprawdę miły wieczór, wiesz? - zaczął pierwszy.
- Wiem. I dziękuję. Cieszę się, że cię poznałam - odpowiedziałam jak najbardziej szczerze.
- Ja bardziej. - i mówiąc te słowa kierował się w moją stronę. Wiedziałam co chce zrobić. W ostatniej chwili odwróciłam głowę i jego usta znalazły się... na moim policzku.
- Dobranoc, Marco. - odpowiedziałam, wsiadłam do samochodu i powoli opuszczałam parking.  Stał w bezruchu, dopóki nie zniknął mi z pola widzenia. Pewnie zastanawiasz się dlaczego go nie pocałowałam. Sama nie wiem. Może byłam na tyle głupia że czegoś się bałam? Może kolejnego zranienia? Może nie chciałam robić sobie złudnych nadziei na coś więcej? Ja już taka jestem, że potem rozpamiętuję. Nie chciałam mieć złamanego serca. Na tamtą chwilę nie wiedziałam, czy się zakochałam. Jeszcze.
Wróciłam do domu. Cathy jeszcze nie było, całe szczęście. Zdjęłam baleriny i dopiero wtedy poczułam jak bardzo bolą mnie nogi. Szybko zmyłam makijaż, przebrałam się w koszulkę i szorty i chciałam nastawić sobie budzik na 10:00 żeby obrobić zdjęcia i wieczorem je oddać. Nagle z futerału wypadł skrawek serwetki, a na nim numer telefonu i podpis "I wasn't finish dreaming, about your lips. Don't wake me up." 
No i co ja miałam wtedy robić? Coś się zaczęło, a ja nie mogłam tego skończyć. Nie chciałam. Popatrzyłam na ten świstek, uśmiechnęłam się, powiedziałam "W takim razie dobranoc.", a sama długo nie mogłam zasnąć.

sobota, 9 lutego 2013

1. It's only beginning.


And the party's over just don't forget me.
We'll change the pace, and we'll just go slow.

Zacznijmy od tego, że Annie była zapaloną panią fotograf-amator. Fotografowała wszystko, jednak najbardziej fascynowała ją fotografia w ruchu. Dlatego strasznie ucieszyła się, kiedy usłyszała, że wygrała konkurs, w którym nagrodą było fotografowanie Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Mogła zajrzeć wszędzie - od stadionów, po sale treningowe, aż do szatni i miasteczka. Tam zauważył ją pewien człowiek, który zaproponował jej otwarcie swojego własnego studia, ale w Essen. Z Berlina był spory kawałek, a przecież rok temu się przeprowadziła, musiałaby rzucić wszystko (studia na filologii niemieckiej, stancję, dorywczą pracę w redakcji, która dawała jej jakoś się utrzymać, znajomych...) i tylko tam pojechać. Miałaby wszystko zapewnione - własne mieszkanie, samochód, studio i parę groszy na początek. Każdy normalny człowiek puknąłby się w głowę, pewnie to jakiś naciągacz, zboczeniec, zobaczył że jest zdolna to ją zbajeruje, obieca gruszki na wierzbie i przepadnie. Błąd. Anka nie jest w ciemię bita, popytała tu i ówdzie co to jest za facet. Okazało się, że oferuje on młodym zdolnym takie jakby stypendium, przepustkę do lepszego świata. Wszyscy którzy skorzystali z tej propozycji nie żałują. Dostała miesiąc na zastanowienie, rozważyła wszystkie za i przeciw... i ruszyła przed siebie. Rodzice nie byli zbyt zadowoleni, ale nie przejęła się tym zanadto, przecież oni zawsze byli przeciwko wszystkiemu. Jedynym warunkiem było zabranie ze sobą przyjaciółki, którą poznała 10 lat temu w rodzinnym Poznaniu i z którą mieszkała w Berlinie. Postawiła wszystko na jedną kartę i jeszcze we wrześniu znalazła się w Essen. 

Początki nie były kolorowe, wiesz, same, w obcym mieście, zdane w sumie tylko na siebie. Mieszkanie dwupoziomowe, piękne, duże, słoneczne, z wielkim tarasem, przytulną kuchnią, dwie łazienki, w tym jedna z wielką wanną, salon na co najmniej 15 osób i 4 sypialnie. Sobie wybrałam z największym łóżkiem, grunt to zdrowy sen! Samochód szybki, nie wiem w sumie po co mi taki, no ale darowanemu koniowi i tak dalej... Studio w centrum, tyle że to właśnie z nim miałam największe problemy. Zaczęłam od zera, trzeba było dać jakąś reklamę, coś... do świąt miałam 3 małe zlecenia, które nawet nie pozwoliły mi się rozwinąć tak jak chciałam. Za ostatnie pieniądze pojechałam do domu na święta, oczywiście udając przed rodzicami że jest cudownie. Prawda była taka, że większość czasu spędziłam w domu albo w mieście na siłę szukając sobie jakiejś dorywczej pracy dla zabicia czasu. Powiedziałam sobie - 2013, nadchodzę, masz być dla mnie dobry! Przynieś mi mnóstwo zleceń, zdrowie i miłość... to ostatnie w sumie było mi średnio potrzebne do szczęścia bo nikogo nie potrzebowałam, no ale jak się nie zamarzy, to się nie spełni, a bycie starą panną całe życie mi się nie uśmiechało. Wróciłam do Niemiec z naładowanymi bateriami. I bach! Telefon, za 3 dni jest jakieś rozdanie nagród piłkarskich w Dortmundzie, ktoś zachorował i muszę go zastąpić. Okej, przecież to tylko jakieś 40 kilometrów, co prawda za cholerę nie znam tego miasta, ale będą z tego niemałe pieniądze! Obowiązuje strój wieczorowy. Lol, nie mam nic takiego... Cathy mi pożyczyła sukienkę. Mała czarna, wiesz, nogi odkryte, talia podkreślona, biust też. Czułam się tragicznie, bo przecież nie rozstaję się z t-shirtem i dżinsami. Jeszcze dostałam szpilki. Cud że umiałam na nich chodzić! Pomyślałam sobie że może Kaśka pojedzie ze mną, ale miała praktyki w szpitalu, czyli spoko, byłam zdana na siebie. Przed wyjazdem spojrzałam jeszcze na listę gości, cała bundesliga, polska trójca, reszty nie kojarzyłam z imienia i nazwiska. Położyłam szpilki na przednim siedzeniu, nałożyłam baleriny i ruszyłam. W lusterku spojrzałam jeszcze na fryzurę i makijaż - kurde, czyli jednak potrafię jakoś wyglądać. Przyjechałam godzinę przed czasem, czyli zgodnie z planem. Przy wejściu dostałam przepustkę prasową i ustawiłam się przy czerwonym dywanie. Powoli zbierały się vipy i inne gwiazdy. Nagle zauważyłam Lewandowskiego z narzeczoną. Wszyscy darli się po niemiecku, dlatego pomyślałam że czemu by nie spróbować krzyknąć po polsku? Zadziałało! Od razu look w moją stronę, uśmiech, poza. Bezapelacyjnie miałam najlepsze zdjęcie! Podobnie stało się z Błaszczem i Piszczem, stali w szoku, a potem się śmiali, naprawdę nie rozumiem dlaczego ;) wszystko przebiegało zgodnie z planem... do momentu kiedy wszedł On. Luzackim krokiem wszedł na dywan, stał. Rozglądał się. Wszystkie flesze oślepiały go niemiłosiernie. Mnie w sumie też. Stałam przy tej barierce i, niech to szlag, skończyła mi się pamięć na karcie... dawaj po omacku szukać nowej. Pech (pech? hmmmm...) chciał, że szukając drugiej, ta pierwsza spadła wprost pod nogi przystojniaka. Spłonęłam rumieńcem, dostałam palpitacji. Kurde, nie zauważy, wyrzucą to, cała praca na marne, tylko nie to! Jakże się pomyliłam... stoi, patrzy w dół, sięga po nią, znowu się rozgląda, szuka osoby której to wypadło. Cholera, patrzy na mnie! Nieśmiało podnoszę rękę dając mu do zrozumienia, że to moja zguba. Podchodzi... dopiero teraz jestem w stanie dostrzec idealnie skrojony garnitur, nienagannie dobrane buty, potem spinki, które błyszczą ledwo widoczne pod marynarką... blond czupryna... oczy... takie same jak moje... zadziwiające, że pamiętam z tego dnia takie detale. Szczęście, że na "wybieg" wszedł ktoś nowy, bo pewnie znalazłabym się w brukowcach jako ofiara losu, której pomaga piłkarz. Uśmiechnął się...

- Niezły tu tłok, co nie?
- Trochę... - czułam jak mi się krew gotuje w mózgu
- To twoje? - zapytał i wyciągnął dłoń z kartą a ja powoli spalałam się ze wstydu... nie zapomnijcie pozamiatać!
- Tak. Przepraszam, niezdara ze mnie, skończyła mi się karta, sięgałam po drugą, ta mi wypadła, a potem to już wiadomo... - Jezu, Anka, zamknij się, nawijasz jak katarynka! Weź to i przepadnij - pomyślałam sobie, ale jak widać trochę za późno.
- Proszę, dobrze że zauważyłem, przecież to twoja praca, pewnie by się wkurzyli jakbyś nic nie przyniosła
- Trochę bardzo. Dziękuję! I jeszcze raz przepraszam. - dukałam jakbym zapomniała języka
- Nie jesteś Niemką... - kurde, a co to za stwierdzenie?!
- Nie, jestem Polką, ale mieszkam w Niemczech od 1,5 roku.
- Polka! Polska, jak Lewy, Kuba i Lukas! Całkiem ładnie mówisz po niemiecku, wiesz?
- Dzięki - spoko, spaliłam się po raz drugi...
- Muszę już iść do sali, miło było cię poznać... zaraz, masz jakieś imię?
- Anna.
- W takim razie do zobaczenia, Anno, na gali.
- Mhm, do widzenia.
Szkoda, że się nie przygotowałam i nie wiedziałam nawet jak ma na imię... nie dość, że niezdara, to jeszcze kretynka. Z podwyższonym ciśnieniem, zawałem i Bóg wie co jeszcze. O dziwo nie spowodowanym tym incydentem. Jeszcze nigdy nie zadziałał tak na mnie żaden facet...

I never wanted anything so much
Than to drown in your love.