sobota, 9 lutego 2013
1. It's only beginning.
And the party's over just don't forget me.
We'll change the pace, and we'll just go slow.
Zacznijmy od tego, że Annie była zapaloną panią fotograf-amator. Fotografowała wszystko, jednak najbardziej fascynowała ją fotografia w ruchu. Dlatego strasznie ucieszyła się, kiedy usłyszała, że wygrała konkurs, w którym nagrodą było fotografowanie Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Mogła zajrzeć wszędzie - od stadionów, po sale treningowe, aż do szatni i miasteczka. Tam zauważył ją pewien człowiek, który zaproponował jej otwarcie swojego własnego studia, ale w Essen. Z Berlina był spory kawałek, a przecież rok temu się przeprowadziła, musiałaby rzucić wszystko (studia na filologii niemieckiej, stancję, dorywczą pracę w redakcji, która dawała jej jakoś się utrzymać, znajomych...) i tylko tam pojechać. Miałaby wszystko zapewnione - własne mieszkanie, samochód, studio i parę groszy na początek. Każdy normalny człowiek puknąłby się w głowę, pewnie to jakiś naciągacz, zboczeniec, zobaczył że jest zdolna to ją zbajeruje, obieca gruszki na wierzbie i przepadnie. Błąd. Anka nie jest w ciemię bita, popytała tu i ówdzie co to jest za facet. Okazało się, że oferuje on młodym zdolnym takie jakby stypendium, przepustkę do lepszego świata. Wszyscy którzy skorzystali z tej propozycji nie żałują. Dostała miesiąc na zastanowienie, rozważyła wszystkie za i przeciw... i ruszyła przed siebie. Rodzice nie byli zbyt zadowoleni, ale nie przejęła się tym zanadto, przecież oni zawsze byli przeciwko wszystkiemu. Jedynym warunkiem było zabranie ze sobą przyjaciółki, którą poznała 10 lat temu w rodzinnym Poznaniu i z którą mieszkała w Berlinie. Postawiła wszystko na jedną kartę i jeszcze we wrześniu znalazła się w Essen.
Początki nie były kolorowe, wiesz, same, w obcym mieście, zdane w sumie tylko na siebie. Mieszkanie dwupoziomowe, piękne, duże, słoneczne, z wielkim tarasem, przytulną kuchnią, dwie łazienki, w tym jedna z wielką wanną, salon na co najmniej 15 osób i 4 sypialnie. Sobie wybrałam z największym łóżkiem, grunt to zdrowy sen! Samochód szybki, nie wiem w sumie po co mi taki, no ale darowanemu koniowi i tak dalej... Studio w centrum, tyle że to właśnie z nim miałam największe problemy. Zaczęłam od zera, trzeba było dać jakąś reklamę, coś... do świąt miałam 3 małe zlecenia, które nawet nie pozwoliły mi się rozwinąć tak jak chciałam. Za ostatnie pieniądze pojechałam do domu na święta, oczywiście udając przed rodzicami że jest cudownie. Prawda była taka, że większość czasu spędziłam w domu albo w mieście na siłę szukając sobie jakiejś dorywczej pracy dla zabicia czasu. Powiedziałam sobie - 2013, nadchodzę, masz być dla mnie dobry! Przynieś mi mnóstwo zleceń, zdrowie i miłość... to ostatnie w sumie było mi średnio potrzebne do szczęścia bo nikogo nie potrzebowałam, no ale jak się nie zamarzy, to się nie spełni, a bycie starą panną całe życie mi się nie uśmiechało. Wróciłam do Niemiec z naładowanymi bateriami. I bach! Telefon, za 3 dni jest jakieś rozdanie nagród piłkarskich w Dortmundzie, ktoś zachorował i muszę go zastąpić. Okej, przecież to tylko jakieś 40 kilometrów, co prawda za cholerę nie znam tego miasta, ale będą z tego niemałe pieniądze! Obowiązuje strój wieczorowy. Lol, nie mam nic takiego... Cathy mi pożyczyła sukienkę. Mała czarna, wiesz, nogi odkryte, talia podkreślona, biust też. Czułam się tragicznie, bo przecież nie rozstaję się z t-shirtem i dżinsami. Jeszcze dostałam szpilki. Cud że umiałam na nich chodzić! Pomyślałam sobie że może Kaśka pojedzie ze mną, ale miała praktyki w szpitalu, czyli spoko, byłam zdana na siebie. Przed wyjazdem spojrzałam jeszcze na listę gości, cała bundesliga, polska trójca, reszty nie kojarzyłam z imienia i nazwiska. Położyłam szpilki na przednim siedzeniu, nałożyłam baleriny i ruszyłam. W lusterku spojrzałam jeszcze na fryzurę i makijaż - kurde, czyli jednak potrafię jakoś wyglądać. Przyjechałam godzinę przed czasem, czyli zgodnie z planem. Przy wejściu dostałam przepustkę prasową i ustawiłam się przy czerwonym dywanie. Powoli zbierały się vipy i inne gwiazdy. Nagle zauważyłam Lewandowskiego z narzeczoną. Wszyscy darli się po niemiecku, dlatego pomyślałam że czemu by nie spróbować krzyknąć po polsku? Zadziałało! Od razu look w moją stronę, uśmiech, poza. Bezapelacyjnie miałam najlepsze zdjęcie! Podobnie stało się z Błaszczem i Piszczem, stali w szoku, a potem się śmiali, naprawdę nie rozumiem dlaczego ;) wszystko przebiegało zgodnie z planem... do momentu kiedy wszedł On. Luzackim krokiem wszedł na dywan, stał. Rozglądał się. Wszystkie flesze oślepiały go niemiłosiernie. Mnie w sumie też. Stałam przy tej barierce i, niech to szlag, skończyła mi się pamięć na karcie... dawaj po omacku szukać nowej. Pech (pech? hmmmm...) chciał, że szukając drugiej, ta pierwsza spadła wprost pod nogi przystojniaka. Spłonęłam rumieńcem, dostałam palpitacji. Kurde, nie zauważy, wyrzucą to, cała praca na marne, tylko nie to! Jakże się pomyliłam... stoi, patrzy w dół, sięga po nią, znowu się rozgląda, szuka osoby której to wypadło. Cholera, patrzy na mnie! Nieśmiało podnoszę rękę dając mu do zrozumienia, że to moja zguba. Podchodzi... dopiero teraz jestem w stanie dostrzec idealnie skrojony garnitur, nienagannie dobrane buty, potem spinki, które błyszczą ledwo widoczne pod marynarką... blond czupryna... oczy... takie same jak moje... zadziwiające, że pamiętam z tego dnia takie detale. Szczęście, że na "wybieg" wszedł ktoś nowy, bo pewnie znalazłabym się w brukowcach jako ofiara losu, której pomaga piłkarz. Uśmiechnął się...
- Niezły tu tłok, co nie?
- Trochę... - czułam jak mi się krew gotuje w mózgu
- To twoje? - zapytał i wyciągnął dłoń z kartą a ja powoli spalałam się ze wstydu... nie zapomnijcie pozamiatać!
- Tak. Przepraszam, niezdara ze mnie, skończyła mi się karta, sięgałam po drugą, ta mi wypadła, a potem to już wiadomo... - Jezu, Anka, zamknij się, nawijasz jak katarynka! Weź to i przepadnij - pomyślałam sobie, ale jak widać trochę za późno.
- Proszę, dobrze że zauważyłem, przecież to twoja praca, pewnie by się wkurzyli jakbyś nic nie przyniosła
- Trochę bardzo. Dziękuję! I jeszcze raz przepraszam. - dukałam jakbym zapomniała języka
- Nie jesteś Niemką... - kurde, a co to za stwierdzenie?!
- Nie, jestem Polką, ale mieszkam w Niemczech od 1,5 roku.
- Polka! Polska, jak Lewy, Kuba i Lukas! Całkiem ładnie mówisz po niemiecku, wiesz?
- Dzięki - spoko, spaliłam się po raz drugi...
- Muszę już iść do sali, miło było cię poznać... zaraz, masz jakieś imię?
- Anna.
- W takim razie do zobaczenia, Anno, na gali.
- Mhm, do widzenia.
Szkoda, że się nie przygotowałam i nie wiedziałam nawet jak ma na imię... nie dość, że niezdara, to jeszcze kretynka. Z podwyższonym ciśnieniem, zawałem i Bóg wie co jeszcze. O dziwo nie spowodowanym tym incydentem. Jeszcze nigdy nie zadziałał tak na mnie żaden facet...
I never wanted anything so much
Than to drown in your love.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz