piątek, 20 września 2013

5. The world belongs to the brave.

I feel like it’s gonna be the first day
Of my new life.

- Okej, to co robimy dalej z tak miło rozpoczętym dniem? - zapytałam.
- Jedziemy do Dortmundu.
- Mhm, a dokładniej?
- Jedziemy do mnie. - odpowiedział, a mnie przebiegł dreszcz po całym ciele. Byłam szczęśliwa na tamtą chwilę, ale żeby zaraz do domu... trochę się zlękłam, za szybko, no. Przełknęłam ślinę i chyba za wysokim tonem odpowiedziałam "dobra". Uśmiechnął się, chwycił moją rękę i zaprowadził do samochodu. Ledwo się rozgrzałam, musieliśmy wysiadać. Dojechaliśmy na miejsce. Szczerze? Nie spodziewałam się takiego domu. Brama otworzyła się jakby na zawołanie, a moim oczom ukazał się piętrowy, nowoczesny budynek. Do małych nie należał, ale też nie był jakiś ogromny. Chociaż patrząc na to, że mieszkał w nim sam to... tak, był wielki. Zaparkował przed garażem i wysiadł z samochodu, później otwierając mi drzwi jak prawdziwy dżentelmen. Otworzył drzwi i zobaczyłam biało-czarny korytarz. Zdejmowałam poszczególne części mojej zimowej garderoby przyglądając się ścianom, na których wisiały rozmaite zdjęcia. A to z siostrami, a to z Lewym, a to z Mario, a to jeszcze z M'Gladbach, dalej stały puchary, dyplomy i leżały medale. Przecierałam oczy ze zdumienia, taki młody, a już tyle osiągnął. Jednak zaciekawiło mnie puste miejsce na komodzie.
- A tu jest miejsce na puchar Ligi Mistrzów, może kiedyś go zdobędziemy...
- Nie wątpię. Jejku, ale tu pięknie! Rodzina pewnie pęka z dumy.
- Można tak powiedzieć - uśmiechnął się zmieszany - no dobra, koniec tego oglądania, chodź do salonu.
- Okej - odpowiedziałam gapiąc się w swoje skarpetki.
Salon. Białe ściany, czarne meble, srebrne wykończenia. Minimalistycznie, tak jak lubię.
- Długo tu nie posiedzimy, za chwilę wychodzimy, tylko muszę coś sprawdzić. Poczekasz chwilkę?
- Jasne - uśmiechnęłam się, jednocześnie bojąc się że zaraz zacznę piszczeć z ekscytacji. Przepiękny dom, przepiękny on i ja, w wyciągniętym niebieskim swetrze pośród tego wszystkiego. Gdybym wcześniej wiedziała że mnie zabierze to pomyślałabym o czymś ładniejszym do ubrania. Słońce gdzieś zniknęło, wszędzie było pełno śniegu. "Jak tu musi być pięknie wiosną" - pomyślałam, surowe wnętrze i zieleń na zewnątrz. Usiadłam na fotelu, podkuliłam nogi i gapiłam się przez panoramiczne okno na przedmieścia. Nawet nie wiedziałam kiedy wrócił mój porywacz.
- Śpisz? - zapytał, a ja obudziłam się ze swojego 'snu'
- Nie. To znaczy, nie wiem... - odpowiedziałam nadal patrząc w przestrzeń.
- Nie rozumiem?
- Bo to wszystko wygląda jak jakiś sen. Ten pałacyk, śniadanie na wodzie, twój dom, ten widok z okna.
- W takim razie będę starał się, abyś się za wcześnie z tego snu nie obudziła. - odparł i sprzedał buziaka w policzek. No teraz to przesadził, bo poczułam się jak księżniczka, gdzie daleko mi do niej jak stąd do nie wiem. - Chodź, ubieramy się, wychodzimy. - uśmiech mi trochę zrzedł, bo średnio mi się chciało wychodzić z tego ciepłego salonu na mróz.
- Daleko?
- Niedaleko. - uśmiechnął się podejrzanie.
- Oj, coś kręcisz!
- Naprawdę! Tak w ogóle, z drugiej strony domu jest jeszcze ładniejszy widok.
Nie czekając ani chwili dłużej, ubrałam się szybko i już miałam chwytać za klamkę, gdy Marco zatrzymał mój ruch.
- Poczekaj. - powiedział zasuwając mi czapkę na oczy.
- Ej, nic nie widzę!
- I o to chodzi. Chwyć mnie za rękę.
- (Ciebie? Zawsze!) Okej...
- Jezu, Ania, nie bój się! - śmiał się jak dziecko, a ja żałowałam że nie mogę tego zobaczyć.
Poczułam, że wyszliśmy z domu i faktycznie nie idziemy po śniegu, tylko po chodniku i to wokół domu. Nagle coś zaczęło trzaskać. Zaraz, ja znam ten dźwięk... 
- Możesz już zdjąć czapkę.
- No nareszcie! - słyszałam jak Marco bierze głęboki wdech, tak, jakby się czegoś obawiał. A ja stanęłam jak wryta w ziemię. Nie żartował z tym widokiem. Dodatkiem było palące się ognisko i wiklinowa kanapa stojąca z boku. Nawet nie wiem kiedy wyczarował ogromny bukiet żółtych tulipanów.
- 24, za każdy dzień bez ciebie. Razem 72. Wolałbym widywać się z tobą codziennie, ale... mam nadzieję że rozumiesz.
I teraz takie pytanie - co mu odpowiedzieć żeby nie wyjść na kretynkę? Rozpłakać się, czy może rozbeczeć? Boże, trafiłam na ideał... Wychwalam ten dzień kiedy spotkałam go po raz pierwszy.
- Reus, ty wariacie... jesteś niemożliwie... niemożliwy. - łza wzruszenia spłynęła mi po policzku, a mój przystojniak scałował ją kierując się do moich ust. - dziękuję.
A potem sprzedał mi taki uśmiech, że nie pozostało mi nic innego jak odwzajemnić ten uśmiech. I tak się do siebie uśmiechaliśmy. Jak jakieś dzieciaki. A potem leżeliśmy przy ognisku na kanapie opychając się pieczonymi piankami i gadając o swoich rodzinach i przeszłości.

Jeżeli to jest sen to, na Boga, nie chcę się z niego budzić.

Now if your ever wondering about the way I’m feeling 
Baby girl there ain’t no question 
Just be around you is a blessin’ 

1 komentarz:

  1. Genialnie się to czyta! NAwet w najmniejszym stopniu nie przynudzasz hahaha ; ) nastepne prosze szybiej!

    OdpowiedzUsuń