niedziela, 20 października 2013

6. When the fear is under the snow...

I czarną kawę zmieni w płyn
Kiedy dni skute lodem
A kiedy z nieba poleje się żar poczęstuje chłodem.

Myślałam że to będzie koniec niespodzianek na dzisiaj. Och, jak bardzo się myliłam... Mówił o tym, że cały dzień mam poświęcić tylko jemu. Oczywiście, byłam bardzo szczęśliwa mogąc przebywać w jego obecności i to ognisko było niezbitym dowodem na to, że jemu też zależy żeby ze mną być. Dla mnie, dziewczyny, która przecież nie zabiegała o nic, była to gwiazdka z nieba. Leżąc wtulona w jego ramiona, patrząc na wesoło tańczący ogień i słuchając trzeszczącego drewna myślałam, że na tym zakończy się ten dzień, ewentualnie zamówimy pizzę, obejrzymy film, a na koniec dostanę buziaka i odwiezie mnie do domu. Tak to mógłby zrobić przeciętny facet. Ale nie On.
- No dobra, koniec tego leżenia. Głodna?
- Hmmm... jak wilk!
- Mam nadzieję że lubisz domowe jedzenie... bo nie mamy czasu nic zamówić, czas goni, a grafik napięty!
- Czekaj... zawsze myślałam, że domowe jedzenie jednak zajmuje trochę czasu na przygotowanie. - odpowiedziałam bo trochę się pogubiłam.
- No tak... ale nie wtedy jak zrobi je mama.
Prawie spadłam z kanapy ze śmiechu. Jaki wariat, jeszcze wkręcił swoją mamę w gotowanie. Okej, Anka, tylko się nie śmiej.
Także tak... na obiad zjadłam przepyszny gulasz, ziemniaki i buraczki. Bardzo romantycznie, nieprawdaż? Ale ja nie potrzebuję wyrafinowanych dań i wina lejącego się litrami. Na to jeszcze przyjdzie czas. A ja i tak byłam mega szczęśliwa że znalazł calutki dzień tylko dla mnie.
- Pewnie zastanawiasz się co dalej... - powiedział chowając naczynia do zmywarki.
- A to jest jeszcze jakieś "dalej"? - zapytałam z nieudawanym zdziwieniem, gdyż i tak już się dużo wydarzyło w tym dniu.
- Jest. Przejedziemy się samochodem w pewne miejsce. - jego uśmiech i mogłabym jechać samochodem nawet na koniec świata.
- Dobra. A daleko?
- Kawałek.
Posłusznie wsiadłam do wypasionego samochodu z jakże cudowną rejestracją (co za narcyz <3) i poddałam się jego pomysłom. Zanim wyjechaliśmy z miasta zrobiło się zupełnie ciemno. Po pół godziny znaleźliśmy się w szczerym polu. No, przynajmniej tak mi się zdawało, póki 4 halogeny nie oświetliły metalowego hangaru z którego wyprowadzano... helikopter. Dreszcz przebiegł całe moje ciało i to wcale nie była wina trzaskającego mrozu na dworze. Wysiedliśmy, Marco przywitał się z jakimś facetem w kombinezonie, a potem z jeszcze jakimś mężczyzną. Obstawiam, że był to pilot tego helikoptera. Po chwili szeptania skierował się w moją stronę uśmiechając się od ucha do ucha. Kombinator.
- Annie, pamiętasz jak po meczu, tam na górce, powiedziałem ci, że pokażę ci cały Dortmund?
- Pamiętam. Marco...
- Chcę dotrzymać słowa. Proponuję obejrzeć go najpierw z góry, tam jest lepiej się we wszystkim rozeznać. Wchodzisz w to?
Słodki Jezu. Mam lecieć. Helikopterem. Z Nim. Chyba oszalałam do reszty.
- Wchodzę. - odpowiedziałam, a w ramach podziękowania za satysfakcjonującą odpowiedź otrzymałam buziaka, dzięki któremu przestałam tak panicznie się bać.
Weszliśmy do środka, przypięto nas pasami bezpieczeństwa i włożono nam słuchawki na uszy. Nie chcę wiedzieć jak wyglądałam, w sumie nawet się to nie liczyło. Ważne było to, że miałam zobaczyć miasto nocą. Nie poprzez spacerowanie uliczkami, nie poprzez oglądanie zdjęć czy filmu. Poprzez lot. Coś wspaniałego.
Silnik zaskoczył, śmigła zaczęły powoli się kręcić, pilot zgłaszał gotowość, a ja kurczowo trzymałam się fotela.
- Boisz się? - zapytał równie zestresowany Reus.
- Nieee, co ty... ja tylko sobie umieram w środku. - odrzekłam najspokojniej jak tylko się dało.
- Chwyć mnie za rękę. Wdech, wydech. Zamknij oczy. Licz powoli do dziesięciu, a jak skończysz, znajdziemy się nad ziemią oglądając miasto. Okej?
- Okej. - posłusznie spełniłam jego prośbę. Złapałam za rękę mocniej niż kiedykolwiek, zacisnęłam powieki, wdech i rozpoczęłam liczenie. - Jeden... dwa... trzy... - i na tym moje liczenie się skończyło, bo ktoś zamknął mi usta swoimi własnymi. Helikopter wznosił się w górę, a my całowaliśmy się nie zważając na to co dzieje się dookoła. Strach minął automatycznie, idealne lekarstwo. "Odliczanie" przerwał nam pilot meldujący, iż znajdujemy się na wysokości 3850 metrów nad ziemią, a przewidywany czas lotu wynosi 40 minut.
- ...dziesięć. Dziękuję. - odpowiedziałam szczęśliwa z takiego obrotu sprawy.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
- No już sobie nie dodawaj! To chyba była wspólna przyjemność, nie sądzisz?
- Nie kłóć się ze mną, tylko lepiej wyjrzyj przez okienko. Ja pier... kurczę, jakie widoki!
Odwróciłam głowę w stronę okna... i oniemiałam. Widziałam calusieńki Dortmund z lotu ptaka, wszystkie światełka miasta, SIP, wieże kościołów i zamków.
- Jak tu pięknie! Marco, widzisz to co ja? Jejku, nie wierzę, wspaniałe! Dlaczego nie wzięłam aparatu? Takie piękne zdjęcia by wyszły!
- Pewnie jeszcze będzie okazja na zrobienie kilku fot. - jego odpowiedź usłyszałam w słuchawkach - i jak, podoba się?
- Jeszcze się pytasz? Ten dzień jest jednym z najpiękniejszych w moim życiu, nigdy go nie zapomnę! Nie zasłużyłam sobie na takie prezenty...
- Zasługujesz na wszystko, co piękne i dobre. Dzięki tobie w końcu odżyłem. Bądź ze mną, proszę.
Czy on w tym momencie oficjalnie zapytał mnie o stworzenie związku? Boże.
- Będę. Obiecuję. Zawsze. - łza radości spłynęła mi po policzku (dlaczego ja tak łatwo się wzruszam?), ale szybko ją otarłam bo nie chciałam wyjść na beksę. - Jezus Maria, Reus! - i rzuciłam mu się w ramiona na tyle, na ile pozwalały mi pasy bezpieczeństwa. Od teraz był MÓJ. Tylko mój. W całym moim życiu miałam jednego faceta, przez którego nie mogłam pozbierać się przez kilka lat. Aż w końcu znalazł się taki Marco, który postanowił wywrócić mój świat do góry nogami, a właściwie postanowił mi go poukładać raz jeszcze.
Lądowaliśmy gapiąc się na siebie jak szczeniaki. Jakby każde z nas próbowało wyczytać swoje intencje, nadzieje i plany. Kiedy już stanęliśmy na ziemi, poniekąd obudziłam się z tego snu. Wiedziałam, że ten dzień przecież się skończył. Muszę pojechać do domu, a jutro powrócić do szarej rzeczywistości.
- Co jest? - zapytał zaskoczony moją nagłą zmianą nastroju.
- Nie, nic. Tylko wiesz... dzisiaj był taki piękny dzień, nie nudziłam się ani przez moment, doświadczyłam tyle radości, śniadanie, ognisko, obiad, teraz ten lot... a jutro trzeba będzie wrócić do swoich obowiązków. Nie chcę, nie zgadzam się!
- Hahaha, jaka buntowniczka, dobrze! Kochana, mamy jeszcze tyle dni przed sobą. Ten jest tylko jednym z wielu. To przecież od nas zależy jaki będzie następny. Kto wie, może będzie jeszcze ciekawszy?
- Jesteś niepoprawnym optymistą! - klepnęłam go w ramię.
- Cały ja. - odpowiedział z uśmiechem wznosząc ręce w geście poddania się.
- Cały ty. - zakończyłam tę rozmowę potwierdzając jego słowa. - jedziemy do Essen?
- Jedziemy.
Oboje grzecznie podziękowaliśmy pilotowi i temu drugiemu facetowi i skierowaliśmy się w stronę samochodu. Opowiadaliśmy sobie co będziemy robić przez najbliższe dni i ogólnie zastanawialiśmy się co, jak, gdzie i kiedy. Niby nie mieszkamy daleko od siebie, ale każde z nas ma jakieś swoje sprawy z których nie może zrezygnować. Cóż, najwyżej będziemy wisieć na telefonie albo na skype. I tak od słowa do słowa, aż znaleźliśmy się pod moim blokiem. Zostałam odprowadzona pod same drzwi mieszkania.
- Może się powtarzam, ale naprawdę dziękuję za ten dzień. Było wspaniale.
- I nie przeszkadzał ci śnieg i odgrzewany obiad?
- Nie, nie przeszkadzał! Wszystko było cudowne. W życiu tak się nie bawiłam.
- Ja też. Dziękuję że mi zaufałaś i chciałaś uczestniczyć we wszystkim tym co wymyśliłem.
- Nie ma za co, Marco. Dobranoc.
- Dobranoc, Ania. - nie mogliśmy się pożegnać. Żadne z nas nie chciało iść w swoje strony, ani ja do domu, ani on do samochodu. W końcu jednak otworzyłam te drzwi i zamknęłam je przed naszymi nosami, czas na sen.
...nie, cholera! Nie chcę się tak żegnać. Ale przecież już to zrobiłam. No trudno. Zdjęłam buty i kurtkę i już miałam kierować się do kuchni kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Wrócił. Nie mogę tego tak zostawić, nie chcę.
- Hej, zostawiłaś kwiaty w samochodzie. - powiedział trzymając w ręku bukiet tulipanów, które przecież od niego dostałam.
- Marco Reusie, z całym szacunkiem, ale w tej chwili mam w nosie te kwiatki. - położyłam bukiet na komodę, a swojego faceta wręcz wciągnęłam siłą do mieszkania zamykając za nim drzwi. Siłą - źle powiedziane. Jak tylko przekroczył próg włączyły nam się grzeszne myśli. Szybko podłapał moje intencje co do tej nocy. Żadne z nas nie chciało spędzić jej samotnie. Nie po takim dniu.
- Na górę. - jedynie to zdążyłam wypowiedzieć, a już moje nogi oplatały jego biodra, kiedy on kierował się na pierwsze piętro nie przestając mnie całować. Ciuchy zgubiliśmy już w moim pokoju, a co działo się dalej pozostawię czterem ścianom, jedynym towarzyszkom tej nocy. Nocy, która była równie piękna jak dzień.

Pleasure zone.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz