niedziela, 20 października 2013

6. When the fear is under the snow...

I czarną kawę zmieni w płyn
Kiedy dni skute lodem
A kiedy z nieba poleje się żar poczęstuje chłodem.

Myślałam że to będzie koniec niespodzianek na dzisiaj. Och, jak bardzo się myliłam... Mówił o tym, że cały dzień mam poświęcić tylko jemu. Oczywiście, byłam bardzo szczęśliwa mogąc przebywać w jego obecności i to ognisko było niezbitym dowodem na to, że jemu też zależy żeby ze mną być. Dla mnie, dziewczyny, która przecież nie zabiegała o nic, była to gwiazdka z nieba. Leżąc wtulona w jego ramiona, patrząc na wesoło tańczący ogień i słuchając trzeszczącego drewna myślałam, że na tym zakończy się ten dzień, ewentualnie zamówimy pizzę, obejrzymy film, a na koniec dostanę buziaka i odwiezie mnie do domu. Tak to mógłby zrobić przeciętny facet. Ale nie On.
- No dobra, koniec tego leżenia. Głodna?
- Hmmm... jak wilk!
- Mam nadzieję że lubisz domowe jedzenie... bo nie mamy czasu nic zamówić, czas goni, a grafik napięty!
- Czekaj... zawsze myślałam, że domowe jedzenie jednak zajmuje trochę czasu na przygotowanie. - odpowiedziałam bo trochę się pogubiłam.
- No tak... ale nie wtedy jak zrobi je mama.
Prawie spadłam z kanapy ze śmiechu. Jaki wariat, jeszcze wkręcił swoją mamę w gotowanie. Okej, Anka, tylko się nie śmiej.
Także tak... na obiad zjadłam przepyszny gulasz, ziemniaki i buraczki. Bardzo romantycznie, nieprawdaż? Ale ja nie potrzebuję wyrafinowanych dań i wina lejącego się litrami. Na to jeszcze przyjdzie czas. A ja i tak byłam mega szczęśliwa że znalazł calutki dzień tylko dla mnie.
- Pewnie zastanawiasz się co dalej... - powiedział chowając naczynia do zmywarki.
- A to jest jeszcze jakieś "dalej"? - zapytałam z nieudawanym zdziwieniem, gdyż i tak już się dużo wydarzyło w tym dniu.
- Jest. Przejedziemy się samochodem w pewne miejsce. - jego uśmiech i mogłabym jechać samochodem nawet na koniec świata.
- Dobra. A daleko?
- Kawałek.
Posłusznie wsiadłam do wypasionego samochodu z jakże cudowną rejestracją (co za narcyz <3) i poddałam się jego pomysłom. Zanim wyjechaliśmy z miasta zrobiło się zupełnie ciemno. Po pół godziny znaleźliśmy się w szczerym polu. No, przynajmniej tak mi się zdawało, póki 4 halogeny nie oświetliły metalowego hangaru z którego wyprowadzano... helikopter. Dreszcz przebiegł całe moje ciało i to wcale nie była wina trzaskającego mrozu na dworze. Wysiedliśmy, Marco przywitał się z jakimś facetem w kombinezonie, a potem z jeszcze jakimś mężczyzną. Obstawiam, że był to pilot tego helikoptera. Po chwili szeptania skierował się w moją stronę uśmiechając się od ucha do ucha. Kombinator.
- Annie, pamiętasz jak po meczu, tam na górce, powiedziałem ci, że pokażę ci cały Dortmund?
- Pamiętam. Marco...
- Chcę dotrzymać słowa. Proponuję obejrzeć go najpierw z góry, tam jest lepiej się we wszystkim rozeznać. Wchodzisz w to?
Słodki Jezu. Mam lecieć. Helikopterem. Z Nim. Chyba oszalałam do reszty.
- Wchodzę. - odpowiedziałam, a w ramach podziękowania za satysfakcjonującą odpowiedź otrzymałam buziaka, dzięki któremu przestałam tak panicznie się bać.
Weszliśmy do środka, przypięto nas pasami bezpieczeństwa i włożono nam słuchawki na uszy. Nie chcę wiedzieć jak wyglądałam, w sumie nawet się to nie liczyło. Ważne było to, że miałam zobaczyć miasto nocą. Nie poprzez spacerowanie uliczkami, nie poprzez oglądanie zdjęć czy filmu. Poprzez lot. Coś wspaniałego.
Silnik zaskoczył, śmigła zaczęły powoli się kręcić, pilot zgłaszał gotowość, a ja kurczowo trzymałam się fotela.
- Boisz się? - zapytał równie zestresowany Reus.
- Nieee, co ty... ja tylko sobie umieram w środku. - odrzekłam najspokojniej jak tylko się dało.
- Chwyć mnie za rękę. Wdech, wydech. Zamknij oczy. Licz powoli do dziesięciu, a jak skończysz, znajdziemy się nad ziemią oglądając miasto. Okej?
- Okej. - posłusznie spełniłam jego prośbę. Złapałam za rękę mocniej niż kiedykolwiek, zacisnęłam powieki, wdech i rozpoczęłam liczenie. - Jeden... dwa... trzy... - i na tym moje liczenie się skończyło, bo ktoś zamknął mi usta swoimi własnymi. Helikopter wznosił się w górę, a my całowaliśmy się nie zważając na to co dzieje się dookoła. Strach minął automatycznie, idealne lekarstwo. "Odliczanie" przerwał nam pilot meldujący, iż znajdujemy się na wysokości 3850 metrów nad ziemią, a przewidywany czas lotu wynosi 40 minut.
- ...dziesięć. Dziękuję. - odpowiedziałam szczęśliwa z takiego obrotu sprawy.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
- No już sobie nie dodawaj! To chyba była wspólna przyjemność, nie sądzisz?
- Nie kłóć się ze mną, tylko lepiej wyjrzyj przez okienko. Ja pier... kurczę, jakie widoki!
Odwróciłam głowę w stronę okna... i oniemiałam. Widziałam calusieńki Dortmund z lotu ptaka, wszystkie światełka miasta, SIP, wieże kościołów i zamków.
- Jak tu pięknie! Marco, widzisz to co ja? Jejku, nie wierzę, wspaniałe! Dlaczego nie wzięłam aparatu? Takie piękne zdjęcia by wyszły!
- Pewnie jeszcze będzie okazja na zrobienie kilku fot. - jego odpowiedź usłyszałam w słuchawkach - i jak, podoba się?
- Jeszcze się pytasz? Ten dzień jest jednym z najpiękniejszych w moim życiu, nigdy go nie zapomnę! Nie zasłużyłam sobie na takie prezenty...
- Zasługujesz na wszystko, co piękne i dobre. Dzięki tobie w końcu odżyłem. Bądź ze mną, proszę.
Czy on w tym momencie oficjalnie zapytał mnie o stworzenie związku? Boże.
- Będę. Obiecuję. Zawsze. - łza radości spłynęła mi po policzku (dlaczego ja tak łatwo się wzruszam?), ale szybko ją otarłam bo nie chciałam wyjść na beksę. - Jezus Maria, Reus! - i rzuciłam mu się w ramiona na tyle, na ile pozwalały mi pasy bezpieczeństwa. Od teraz był MÓJ. Tylko mój. W całym moim życiu miałam jednego faceta, przez którego nie mogłam pozbierać się przez kilka lat. Aż w końcu znalazł się taki Marco, który postanowił wywrócić mój świat do góry nogami, a właściwie postanowił mi go poukładać raz jeszcze.
Lądowaliśmy gapiąc się na siebie jak szczeniaki. Jakby każde z nas próbowało wyczytać swoje intencje, nadzieje i plany. Kiedy już stanęliśmy na ziemi, poniekąd obudziłam się z tego snu. Wiedziałam, że ten dzień przecież się skończył. Muszę pojechać do domu, a jutro powrócić do szarej rzeczywistości.
- Co jest? - zapytał zaskoczony moją nagłą zmianą nastroju.
- Nie, nic. Tylko wiesz... dzisiaj był taki piękny dzień, nie nudziłam się ani przez moment, doświadczyłam tyle radości, śniadanie, ognisko, obiad, teraz ten lot... a jutro trzeba będzie wrócić do swoich obowiązków. Nie chcę, nie zgadzam się!
- Hahaha, jaka buntowniczka, dobrze! Kochana, mamy jeszcze tyle dni przed sobą. Ten jest tylko jednym z wielu. To przecież od nas zależy jaki będzie następny. Kto wie, może będzie jeszcze ciekawszy?
- Jesteś niepoprawnym optymistą! - klepnęłam go w ramię.
- Cały ja. - odpowiedział z uśmiechem wznosząc ręce w geście poddania się.
- Cały ty. - zakończyłam tę rozmowę potwierdzając jego słowa. - jedziemy do Essen?
- Jedziemy.
Oboje grzecznie podziękowaliśmy pilotowi i temu drugiemu facetowi i skierowaliśmy się w stronę samochodu. Opowiadaliśmy sobie co będziemy robić przez najbliższe dni i ogólnie zastanawialiśmy się co, jak, gdzie i kiedy. Niby nie mieszkamy daleko od siebie, ale każde z nas ma jakieś swoje sprawy z których nie może zrezygnować. Cóż, najwyżej będziemy wisieć na telefonie albo na skype. I tak od słowa do słowa, aż znaleźliśmy się pod moim blokiem. Zostałam odprowadzona pod same drzwi mieszkania.
- Może się powtarzam, ale naprawdę dziękuję za ten dzień. Było wspaniale.
- I nie przeszkadzał ci śnieg i odgrzewany obiad?
- Nie, nie przeszkadzał! Wszystko było cudowne. W życiu tak się nie bawiłam.
- Ja też. Dziękuję że mi zaufałaś i chciałaś uczestniczyć we wszystkim tym co wymyśliłem.
- Nie ma za co, Marco. Dobranoc.
- Dobranoc, Ania. - nie mogliśmy się pożegnać. Żadne z nas nie chciało iść w swoje strony, ani ja do domu, ani on do samochodu. W końcu jednak otworzyłam te drzwi i zamknęłam je przed naszymi nosami, czas na sen.
...nie, cholera! Nie chcę się tak żegnać. Ale przecież już to zrobiłam. No trudno. Zdjęłam buty i kurtkę i już miałam kierować się do kuchni kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Wrócił. Nie mogę tego tak zostawić, nie chcę.
- Hej, zostawiłaś kwiaty w samochodzie. - powiedział trzymając w ręku bukiet tulipanów, które przecież od niego dostałam.
- Marco Reusie, z całym szacunkiem, ale w tej chwili mam w nosie te kwiatki. - położyłam bukiet na komodę, a swojego faceta wręcz wciągnęłam siłą do mieszkania zamykając za nim drzwi. Siłą - źle powiedziane. Jak tylko przekroczył próg włączyły nam się grzeszne myśli. Szybko podłapał moje intencje co do tej nocy. Żadne z nas nie chciało spędzić jej samotnie. Nie po takim dniu.
- Na górę. - jedynie to zdążyłam wypowiedzieć, a już moje nogi oplatały jego biodra, kiedy on kierował się na pierwsze piętro nie przestając mnie całować. Ciuchy zgubiliśmy już w moim pokoju, a co działo się dalej pozostawię czterem ścianom, jedynym towarzyszkom tej nocy. Nocy, która była równie piękna jak dzień.

Pleasure zone.

piątek, 20 września 2013

5. The world belongs to the brave.

I feel like it’s gonna be the first day
Of my new life.

- Okej, to co robimy dalej z tak miło rozpoczętym dniem? - zapytałam.
- Jedziemy do Dortmundu.
- Mhm, a dokładniej?
- Jedziemy do mnie. - odpowiedział, a mnie przebiegł dreszcz po całym ciele. Byłam szczęśliwa na tamtą chwilę, ale żeby zaraz do domu... trochę się zlękłam, za szybko, no. Przełknęłam ślinę i chyba za wysokim tonem odpowiedziałam "dobra". Uśmiechnął się, chwycił moją rękę i zaprowadził do samochodu. Ledwo się rozgrzałam, musieliśmy wysiadać. Dojechaliśmy na miejsce. Szczerze? Nie spodziewałam się takiego domu. Brama otworzyła się jakby na zawołanie, a moim oczom ukazał się piętrowy, nowoczesny budynek. Do małych nie należał, ale też nie był jakiś ogromny. Chociaż patrząc na to, że mieszkał w nim sam to... tak, był wielki. Zaparkował przed garażem i wysiadł z samochodu, później otwierając mi drzwi jak prawdziwy dżentelmen. Otworzył drzwi i zobaczyłam biało-czarny korytarz. Zdejmowałam poszczególne części mojej zimowej garderoby przyglądając się ścianom, na których wisiały rozmaite zdjęcia. A to z siostrami, a to z Lewym, a to z Mario, a to jeszcze z M'Gladbach, dalej stały puchary, dyplomy i leżały medale. Przecierałam oczy ze zdumienia, taki młody, a już tyle osiągnął. Jednak zaciekawiło mnie puste miejsce na komodzie.
- A tu jest miejsce na puchar Ligi Mistrzów, może kiedyś go zdobędziemy...
- Nie wątpię. Jejku, ale tu pięknie! Rodzina pewnie pęka z dumy.
- Można tak powiedzieć - uśmiechnął się zmieszany - no dobra, koniec tego oglądania, chodź do salonu.
- Okej - odpowiedziałam gapiąc się w swoje skarpetki.
Salon. Białe ściany, czarne meble, srebrne wykończenia. Minimalistycznie, tak jak lubię.
- Długo tu nie posiedzimy, za chwilę wychodzimy, tylko muszę coś sprawdzić. Poczekasz chwilkę?
- Jasne - uśmiechnęłam się, jednocześnie bojąc się że zaraz zacznę piszczeć z ekscytacji. Przepiękny dom, przepiękny on i ja, w wyciągniętym niebieskim swetrze pośród tego wszystkiego. Gdybym wcześniej wiedziała że mnie zabierze to pomyślałabym o czymś ładniejszym do ubrania. Słońce gdzieś zniknęło, wszędzie było pełno śniegu. "Jak tu musi być pięknie wiosną" - pomyślałam, surowe wnętrze i zieleń na zewnątrz. Usiadłam na fotelu, podkuliłam nogi i gapiłam się przez panoramiczne okno na przedmieścia. Nawet nie wiedziałam kiedy wrócił mój porywacz.
- Śpisz? - zapytał, a ja obudziłam się ze swojego 'snu'
- Nie. To znaczy, nie wiem... - odpowiedziałam nadal patrząc w przestrzeń.
- Nie rozumiem?
- Bo to wszystko wygląda jak jakiś sen. Ten pałacyk, śniadanie na wodzie, twój dom, ten widok z okna.
- W takim razie będę starał się, abyś się za wcześnie z tego snu nie obudziła. - odparł i sprzedał buziaka w policzek. No teraz to przesadził, bo poczułam się jak księżniczka, gdzie daleko mi do niej jak stąd do nie wiem. - Chodź, ubieramy się, wychodzimy. - uśmiech mi trochę zrzedł, bo średnio mi się chciało wychodzić z tego ciepłego salonu na mróz.
- Daleko?
- Niedaleko. - uśmiechnął się podejrzanie.
- Oj, coś kręcisz!
- Naprawdę! Tak w ogóle, z drugiej strony domu jest jeszcze ładniejszy widok.
Nie czekając ani chwili dłużej, ubrałam się szybko i już miałam chwytać za klamkę, gdy Marco zatrzymał mój ruch.
- Poczekaj. - powiedział zasuwając mi czapkę na oczy.
- Ej, nic nie widzę!
- I o to chodzi. Chwyć mnie za rękę.
- (Ciebie? Zawsze!) Okej...
- Jezu, Ania, nie bój się! - śmiał się jak dziecko, a ja żałowałam że nie mogę tego zobaczyć.
Poczułam, że wyszliśmy z domu i faktycznie nie idziemy po śniegu, tylko po chodniku i to wokół domu. Nagle coś zaczęło trzaskać. Zaraz, ja znam ten dźwięk... 
- Możesz już zdjąć czapkę.
- No nareszcie! - słyszałam jak Marco bierze głęboki wdech, tak, jakby się czegoś obawiał. A ja stanęłam jak wryta w ziemię. Nie żartował z tym widokiem. Dodatkiem było palące się ognisko i wiklinowa kanapa stojąca z boku. Nawet nie wiem kiedy wyczarował ogromny bukiet żółtych tulipanów.
- 24, za każdy dzień bez ciebie. Razem 72. Wolałbym widywać się z tobą codziennie, ale... mam nadzieję że rozumiesz.
I teraz takie pytanie - co mu odpowiedzieć żeby nie wyjść na kretynkę? Rozpłakać się, czy może rozbeczeć? Boże, trafiłam na ideał... Wychwalam ten dzień kiedy spotkałam go po raz pierwszy.
- Reus, ty wariacie... jesteś niemożliwie... niemożliwy. - łza wzruszenia spłynęła mi po policzku, a mój przystojniak scałował ją kierując się do moich ust. - dziękuję.
A potem sprzedał mi taki uśmiech, że nie pozostało mi nic innego jak odwzajemnić ten uśmiech. I tak się do siebie uśmiechaliśmy. Jak jakieś dzieciaki. A potem leżeliśmy przy ognisku na kanapie opychając się pieczonymi piankami i gadając o swoich rodzinach i przeszłości.

Jeżeli to jest sen to, na Boga, nie chcę się z niego budzić.

Now if your ever wondering about the way I’m feeling 
Baby girl there ain’t no question 
Just be around you is a blessin’ 

czwartek, 16 maja 2013

4. Sweet kidnapping.

I wanna be with you
I wanna feel your love
I wanna lay beside you
I can not hide this even though I try.

Jechaliśmy w ciszy, a na naszych twarzach gościł uśmiech i spokój. Tzn. ja miałam ochotę śmiać się i skakać z radości, bo endorfiny w moim organizmie urządziły sobie niezłą imprezę. Za to Marco całkiem nieźle się maskował. Co chwilę patrzył się na mnie, a raz udało mu się pomylić skrzynię biegów z moim kolanem, oczywiście przez przypadek... oczywiście. Stanął pod samą klatką, otworzył drzwi jak prawdziwy dżentelmen i zaprowadził pod sam domofon. Było jakoś po pierwszej.
- Muszę podziękować twojej przyjaciółce. - zaczął nieśmiało opierając się o ścianę bloku
- Za co?
- Za to, że kazała przyjechać ci dzisiaj do Dortmundu.
- Tyle że jej teraz nie ma w domu, wróci nad ranem... ale przekażę. - uśmiechnęłam się.
- Okej, dowiem się czy to zrobiłaś.
- Niby jak?
- Już ja mam swoje sposoby! - i zaczął się ze mną droczyć. Był taki kochany jak się uśmiechał. Gdybym mogła to tylko bym się na niego patrzyła. Miał takie fajne iskierki w oczach, chociaż praktycznie nie było ich widać, bo je mrużył.
- Jedź już... jutro pewnie masz trening z samego rana.
- Coś tam mam...
- A ja ciebie zatrzymuję... napisz do mnie jak dojedziesz do domu, dobrze? Jest ślisko na drodze.
- Okej...
Podeszłam do niego, dopięłam mu kurtkę, poprawiłam szalik, położyłam dłonie na jego ramionach, lekko wspięłam się na palcach i sprzedałam mu buziaka.
- A to na drogę. - odpowiedziałam, uśmiechając się - dobranoc.
- Bardzo dobra. - wplótł swoje palce w moje ściskając jednocześnie mocniej moją dłoń i po chwili ją puścił, żeby udać się do samochodu.
Wzrokiem odprowadziłam go do auta, a gdy już zniknął z pola widzenia, wpisałam kod do domofonu i weszłam do mieszkania. Ledwo zamknęłam drzwi to już się o nie oparłam i osunęłam bezwiednie na podłogę. Dzisiejszego wieczoru spotkało mnie tyle szczęścia, ile nie doświadczyłam w ciągu całego mojego życia. O rany, wariatka ze mnie, wiem. Uśmiechałam się sama do siebie siedząc na chłodnej posadzce i analizując co się tak naprawdę dzisiaj wydarzyło. Dwa spotkania wystarczyły, żeby obudzić we mnie uczucia, których albo nie posiadałam, albo się przed nimi broniłam. Niechętnie podniosłam się z podłogi, zdjęłam kurtkę i buty i skierowałam się w stronę kuchni. Herbata rozgrzała mnie od wewnątrz, a prysznic uspokoił. Wróciłam do pokoju, a na ekranie telefonu pojawiła się wiadomość. Marco. "Jestem w domu. Śpij dobrze. x". Odpisałam mu krótko "Ty też. Kolorowych snów :)" i położyłam się w moim wielkim łóżku. Byłam zmęczona, a jednocześnie tak szczęśliwa, że tej nocy śnił mi się wyłącznie on.

***

Następne 3 dni minęły dziwnie spokojnie. I nudno. Ja w Essen, on w Dortmundzie. Jak nie treningi, to jakieś reklamy, wywiady, wyjścia 'służbowe'. A jak już wracał do domu, to był w stanie zadzwonić i powiedzieć że pada na twarz. Szanowałam to, bo co innego mi zostało. Taka praca. A też nie chciałam zachowywać jak małe dziecko, któremu zabrano misia. To nie w mojej naturze. Zazwyczaj przeżywam wszystko wewnątrz.
Następnego dnia obudził mnie dźwięk smsa. Kto normalny dobija się do śpiącej królewny (czytaj: mnie) o siódmej rano?! Odpowiedź jest prosta - Marco. "Dzień dobry!". Dzień dobry? O tej godzinie? Przecież to jeszcze noc! Tak bardzo nie lubiłam się budzić wcześniej niż bym chciała, ale uśmiechnęłam się. Zawsze szczerzyłam zęby jak widziałam kto jest nadawcą. Odpisałam mu "Chyba chciałeś napisać dobranoc. A tak dobrze mi się spało..." Odpowiedzi nie dostałam. To znaczy dostałam. Ale nie taką jakiej się spodziewałam. Dzwonek do drzwi. Szłam jeszcze zaspana w przydługich spodniach dresowych i wyciągniętej koszulce z jednym wielkim nieogarem na głowie. Spojrzałam przez wizjer a tam... on. Podskoczyłam jak oparzona. Matko, jak ja wyglądam?! No trudno, jeżeli żywi do mnie jakieś pozytywne uczucia, to przełknie to jak wyglądam.
- Dzień dobry, śpiąca królewno, raz jeszcze!
- Co ty tutaj robisz o tej porze? - odparłam zaskoczona, poprawiając sobie włosy.
- Porywam cię. Masz 10 minut na to żeby się doprowadzić do porządku.
- Ale...
- Ćśśśś, o nic nie pytaj. Tęskniłem - i w tym momencie pocałował mnie czule. Nie ukrywałam tego, że czekałam na to 3 dni, bo odwzajemniłam pocałunek wplatając swoje palce w jego włosy. - no dobra, masz piętnaście minut, jak tak ładnie prosisz.
- Ja też za tobą tęskniłam - odpowiedziałam chwytając go za rękę i prowadząc do kuchni. - Chcesz kawy?
- Powiedz gdzie jest to sobie zrobię, ty leć się przebrać.
- Co ty taki w gorącej wodzie kąpany?
- Nie chcę stracić ani chwili, a wschód słońca nie będzie czekać.
- Hmmmm, dobra, w szafce masz kawę, a na stole cukier. Daj mi chwilę.
Poleciałam do łazienki, ochlapałam się i zrobiłam sobie warkocza. Naciągnęłam dżinsy, granatowy sweter, szybki makijaż i już byłam gotowa... szczerze mówiąc nie wiadomo na co.
- No ja już. - odpowiedziałam, a Reus zmierzył mnie od góry do dołu podstępnie się uśmiechając. - No co? Coś nie tak?
- Piękna jesteś, wiesz? - automatycznie moje policzki nabrały różowego koloru - i pięknie robisz dzióbek jak się zawstydzasz.
- Spadaj. - burknęłam uśmiechnięta - Jesteś głodny?
- Nie mamy na to czasu. Ubieraj kurtkę i lecimy.
- Jezu, gdzie?
- Zobaczysz.
Naprędce ubierałam trapery, kurtkę, czapkę, szalik i rękawiczki, zamknęłam mieszkanie i schodziliśmy na dół. Jeszcze było ciemno, w końcu mieliśmy styczeń. Lampy oświetlały osiedle, a śnieg skrzypiał pod nogami. Było cholernie zimno.
- Chcesz ze mną spędzić cały dzień? - zapytał lekko zdenerwowany.
- To taka forma wynagrodzenia ostatnich dni?
- Powiedzmy. Przepraszam, nie miałem nawet godzinki żeby się wyrwać.
- Nie musisz mnie przepraszać, głupku. Z przyjemnością spędzę z tobą dzień - odpowiedziałam i pocałowałam go w policzek.
Ledwo wyjechaliśmy z miasta, Reus zatrzymał samochód na jakimś parkingu. Było ciemno, więc z początku nie wiedziałam gdzie jesteśmy. Jak później się okazało, był to parking przed pałacykiem, jednym z najpiękniejszych jakie kiedykolwiek widziałam. Niestety, nie było mi dane wejść do środka, Marco zaprowadził mnie do parku okalającego ten piękny budynek. Powoli wschodziło słońce, stanęliśmy na mostku przy zamarzniętym oczku wodnym. Przy naszych nogach stał koszyk.
- Ale tu pięknie. - odparłam zupełnie szczerze. Już sobie wyobrażałam jak wyjątkowo musi być tu latem.
- Mam coś dla ciebie - odpowiedział i otworzył koszyk. W środku był termos z herbatą i gorące rogaliki. - Głodna?
- Strasznie! - i zaczęłam się śmiać. W życiu nie jadłam śniadania na moście, zimą, o wschodzie słońca, na dodatek z osobą która dawała mi tyle radości ile nie byłam w stanie udźwignąć.
- To jeszcze nie koniec - dodał po zjedzeniu posiłku.
- Domyślam się. - odparłam z uśmiechem, cholernie ciekawa co jeszcze wymyślił mój porywacz...

W swojej głowie zaprowadzam pokój...

niedziela, 3 marca 2013

3. One step closer.

I threw my hands in the air I said 'show me something'
He said 'if you dare come a little closer.'

Zasnęłam jakoś po szóstej. Nie słyszałam jak Kasia wróciła, ale pewnie krótko po tym jak zamknęłam oczy. Wstałam po 5 godzinach. Budzik nie zadzwonił, bo nawet go nie nastawiłam. Zapomniałam z tego wszystkiego. Tak przyjemnie świeciło słońce, mróz dawał się we znaki, śnieg nie chciał topnieć. Otworzyłam oczy i pamiętam, że pierwsze co zrobiłam to spojrzałam na szafkę nocną. Czyli to mi się nie przyśniło. Karteczka leżała. Czekała. Musiałam to sobie jakoś uporządkować, a więc: poznałam piłkarza. Nie byle jakiego piłkarza. Przegadałam z nim całą noc. Chciał mnie pocałować. A ja, dzikuska, odjechałam. Nie kurde, nie mogłam dłużej czekać, musiałam z kimś o tym pogadać. Leżąc cały czas chwyciłam torbę z aparatem, która leżała koło łóżka i spojrzałam na jego zdjęcie. Nie skłamię jak powiem, że z miejsca zrobiło mi się ciepło i wcale nie chciało mi się już spać. Poderwałam się jak poparzona i poleciałam na dół do Cathy. Jeszcze spała. Tak bardzo nie chciałam jej budzić, ale jednocześnie nie mogłam dłużej czekać żeby nie opowiedzieć jej co się zdarzyło ostatniej nocy. Po cichu weszłam do niej do pokoju i wgramoliłam się bezpańsko do jej łóżka.
- Kasiaaaaa? Śpisz?
- mhmmmm - mruknęła półgębkiem nawet się nie ruszając.
- Wolałabym żebyś już nie spała, wiesz? Muszę ci coś powiedzieć.
- mhmmmm - teraz się poruszyła, ale cały czas nieprzytomna.
- Zrobię ci kawy, ale błagam, wstań! - odpowiedziałam i zaczęłam ją szturchać
- A nie możesz z tym poczekać z godzinkę? - bąknęła niezrozumiale powoli otwierając oczy.
- NIE. Kaśka, ja kogoś poznałam.
- Nie dziwne, w końcu byłaś na jakimśtam rozdaniu nagród, sław od cholery i jeszcze trochę.
- No tak, ale tu nie o to chodzi. Chodzi o faceta.
No, obudziła się. Usiadła, dałam jej minutę na ogarnięcie się w jakim świecie żyje i zaczęłam swój wywód. Opowiedziałam jej wszystko od początku do końca. Od tej pieprzonej karty, do karteczki z numerem telefonu. Pokazałam zdjęcie.
- ...no, i teraz jestem w dupie, że tak powiem.
- Anka, facet na ciebie niewątpliwie leci, na dodatek taki facet, a ty mi mówisz że jesteś w dupie? Weź się zastanów co ty mówisz.
- Ale ja nie wiem co mam teraz zrobić? Co, zadzwonić i powiedzieć "no hej, to ja Anka, ta sierota co prawie zgubiła kartę, potem gadała z tobą całą noc i na koniec nie dała się pocałować, co tam?" ?!
- Nie, kretynko. Powiedz mi tylko jedną rzecz - zakochałaś się?
- Nie. Nie wiem. Kuźwa, myślałam o nim jak szłam spać, myślałam o nim jak wstałam, cały czas o nim myślę.
- Czyli się zakochałaś... - odpowiedziała mi z uśmiechem na ustach.
- Nie! Nie wiem jak to określić. Wczoraj było tak fajnie, tak... inaczej. Otworzyłam się, naprawdę, nie poznałabyś mnie, sama siebie nie poznałam. Tzn. wiesz, byłam cały czas tą samą Ann, ale... od czasu wyjazdu z Poznania nie bardzo garnęłam się do facetów.
- Zadzwoń do niego.
- Nie.
- To napisz.
- Ale co?
- Cokolwiek. Może też zarzuć jakimś cytatem? Niech trochę pomyśli.
- Nie wiem... chciałabym się z nim jeszcze zobaczyć. Żebyś ty widziała jak on patrzył...
- No to na co czekasz? Pakuj tyłek w samochód i heja do Dortmundu! Pół godziny i jesteś na miejscu.
- Taaa, i co dalej?
- Dalej mu napiszesz że jesteś, czekasz i pachniesz.
- Weź się lecz - odpowiedziałam wkurzona, no bo dla niej to wszystko wydawało się takie proste, jak 2+2.
- Nie 'się lecz', tylko tak! Czekaj... daj mi lapa.
- Po co ci? - wiedziałam że coś kombinuje...
- Już ja wiem.
Po 15 minutach okazało się że jutro BVB gra mecz. Że powinnam załatwić sobie legitkę prasową i tam pojechać.
- Okej, bo nie dasz mi żyć! Ale jedziesz ze mną, bez dyskusji!
- Sorry, Ania, mam dyżur.
- To ja nigdzie nie jadę - zwinęłam żagle i już miałam iść na górę.
- JEDZIESZ. Koniec kropka. Tylko napisz mu po meczu że jesteś, bo się biedny wystraszy i jeszcze bramki nie strzeli, czy coś.
- Spadaj - wytknęłam jej język i 'z fochem' poszłam do siebie. Prawdę mówiąc, byłam jej wdzięczna za to, co dla mnie robi. To ona miała zawsze głowę na karku w tych sprawach i pewnie bez niej bym zginęła. Na obiad zamówiłyśmy pizzę. Ja się ogarnęłam, zdjęcia obrobiłam i przed 22:00 wysłałam do akceptacji.
Non stop nie dawał mi spokoju. Pół nocy spędziłam w internecie w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji o nim, wiesz, żebym nie wyszła na idiotkę. Rano miałam dostać odpowiedź czy będę mogła jutro pojechać, czy nie. Następnego dnia o dziwo o 9:00 już byłam na nogach. Maila brak. Chodziłam w kółko i wyobrażałam sobie co ten biedny Marco sobie myśli, ponad dobę bez odzewu. A może w ogóle nie myśli? Może on jest z tych, co zbajeruje i zapomni? Nieee, na takiego nie wyglądał, może i nie mam szczęścia do ludzi, ale jakby kłamał prosto w oczy to bym się połapała. Cóż, może się wszystko dzisiaj wyjaśni. Tak, wyjaśni się! Udało się, mam papier, jadę! ...no prawie. Pozdrawiam siebie, akumulator w samochodzie umarł. I co teraz? Czekała mnie przejażdżka pociągiem, mecz był na 20:00, czyli trzeba być z 2 godziny wcześniej, ogarnąć to i owo, potem 2 godziny meczu, po meczu, może uda nam się zobaczyć... tak czy inaczej - o 0:45 miałam ostatni pociąg i musiałam tak zorganizować czas, żeby się wyrobić. Obładowana sprzętem ruszyłam na spotkanie... znaczy się, na mecz. Tyle razy widziałam piłkarzy w akcji, jednak wchodząc na SIP przeszedł mnie dreszcz. Tam było jakoś inaczej. Znalazłam bardzo ciekawe miejsce, założyłam oczojebną kamizelkę z napisem 'foto' i czekałam. Powoli zaczęli się zbierać kibice. Patrzyłam na nich i nie dowierzałam. Tyle ludzi przychodzi na jeden mecz, automatycznie na trybunach zrobiło się żółto-czarno. Ekscytacja wzbierała w ludziach z każdą minutą. Czas, właśnie... zostało 10 minut do meczu. Trzęsłam się niesamowicie, nie wiem czy z zimna, czy z podniecenia, czy też z innej cholery. Nie wytrzymałam. Napisałam do niego. "Będę czekała po meczu przy bramie wjazdowej. Nie wiem czego się życzy piłkarzom, dlatego powodzenia. A.". Poszło. No to show must go on, jak to się mówi. Cała drużyna prezentowała się przepięknie. Pierwszą bramkę strzelił Lewandowski, i to już w czwartej minucie! A potem Marco... z asystą Kuby. Kibice oszaleli. A ja razem z nimi. Marco się cieszył jak głupi, a mi się chciało płakać ze szczęścia że go poznałam. Że go teraz widzę. Że stanął na mojej drodze. Druga połowa meczu była równie ciekawa co pierwsza, Mario strzelił trzecią bramkę i tym sposobem Borussia wygrała 3:0. Miałam całe mnóstwo zdjęć, wszystko szło zgodnie z planem. Kilka minut po meczu zwinęłam żagle i ruszyłam w kierunku wyjścia. Spojrzałam na zegarek - 22:22. Ekstra, czyli że ktoś mnie kocha. Ładna ściema. W końcu przepchałam się przez tłum rozentuzjazmowanych kibiców i nie pozostało mi nic innego jak modlitwa że odczyta tego smsa i się pojawi. 22:30. 5 minut, 10, pół godziny... zamarzałam tam powoli na tym krawężniku. Nagle pojawił się cień nadziei, zaczęli wychodzić. Dziwne, Kuba chyba mnie poznał.
- Cześć, byłaś na meczu?
- Byłam, nawet zrobiłam trochę zdjęć, gratuluję!
- Dzięki. Marco zaraz wyjdzie - odpowiedział, a mi zrobiło się automatycznie gorąco.
- A skąd ten pomysł że ja na niego czekam?
- Hahaha, no to ja idę, dobranoc! - uśmiechnął się i poleciał w stronę samochodu.
Ekstra. Czyli teraz będę na świeczniku. Na pewno coś o mnie nagadał chłopakom, nie mógł się powstrzymać. Super... powkurzałam się trochę, ale wszystko minęło jak go zobaczyłam. Szedł sobie, w dresie, jak gdyby nigdy nic. Zobaczył mnie. Oczy to mu się wręcz zaświeciły.
- Anna, jak dobrze cię widzieć! - podszedł i przytulił mnie tak mocno, że w ogóle nie czułam że na dworze było -10 stopni.
- Mów mi Ania. Ja też się cieszę! Gratuluję wygranej!
- Dziękuję. Widziałem cię chwilę, wiesz?
- Tak? O, fajnie. - świetnie, już go zobaczyłaś i nagle zabrakło ci języka w gębie.
- ...ale smsa przeczytałem przed meczem. Nawet nie zdajesz sobie sprawy ile mi to dało siły! No i ta bramka, ona była dla ciebie.
Wryło mnie. Dla mnie. Strzelił dla mnie.
- Dziękuję, jej, ale mi teraz głupio...
- Dlaczego? W sumie myślałem że odezwiesz się wcześniej, wczoraj nie mogłem się na niczym skupić, myślałem że zgubiłaś kartkę albo coś...
- Nie zgubiłam. Cały czas ją mam. - i uśmiechnęłam się szczerze.
- Długo tu zostaniesz? Może byśmy coś zjedli, konam z głodu...
Spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze 2 godziny.
- Nie mam za wiele czasu, bo przyjechałam pociągiem, ale dobrze, chodźmy gdzieś.
- Zapomnij o pociągu. Odwiozę cię.
- No chyba zwariowałeś! Jesteś zmęczony po meczu, jeszcze będziesz mnie odwoził, nie ma mowy.
- Weź, obrażasz mnie w tym momencie. Daj te torby i chodź do samochodu, jest strasznie zimno - odpowiedział, wyrwał mi wręcz pokrowce z ręki i ręką wskazał samochód. Ładny, szybki. Nie znam się na markach, jak z resztą większość kobiet. Nie pozostało mi nic innego jak ruszyć za nim  i czekać na propozycje. Pojechaliśmy do małej knajpki. Nie dziwne, pewnie chciał mieć trochę prywatności i spokoju po meczu. Zamówiliśmy kolację i znowu gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Zapytałam go czy zdążył już wszystkim o mnie powiedzieć, to zaczął się śmiać i odpowiedział że tylko trójca i Mario wiedzą. Ja za to podzieliłam się wiadomością że zostałam tu wręcz przywieziona siłą przez Kasię bo według niej nie myślę logicznie. Spędziliśmy całkiem miły wieczór. Było kilka minut po północy.
- Czyli mam zapomnieć o pociągu, tak? Bo jeszcze mam taką możliwość...
- Myślałem że już o nim zapomniałaś przy stadionie.
- No nie - i zaczęłam się śmiać.
- Bardzo jesteś zmęczona? Chciałbym ci coś pokazać. - powiedział i wyszliśmy za rękę z restauracji. Myślałam że zaprowadzi mnie do samochodu. Ale nie, poszliśmy alejką w stronę takiego jakby balkonu, z którego rozpościerał się przepiękny widok na oświetlone centrum Dortmundu. Rozmarzyłam się. Nie mogłam ogarnąć wzrokiem tego wszystkiego.
- Ale macie tu pięknie! - westchnęłam, a w tym czasie Marco stanął za mną, objął w pasie i oparł głowę o moje ramię. Myślałam że tam odlecę z radości. Złapałam go za ręce i staliśmy w ciszy kilkanaście minut patrząc na zasypiające miasto i czując każdym skrawkiem ciała swoją obecność. Gdyby nie to, że było strasznie zimno mogłabym tak stać do rana. Owszem, biło od niego takie ciepło jakiego nigdy nie doświadczyłam i wcale nie chciałam przerywać tej chwili, ale wiedziałam że kiedyś będę musiała wrócić do domu.
- Już późno...
- Znowu chcesz uciec? - zapytał cały czas trzymając mnie w pasie, wtedy chyba nawet jakby mocniej
- Nie chcę. Ale muszę wracać do domu. Proszę, odwieź mnie.
- Dobrze. Ale obiecaj mi coś. - puścił mnie i wtedy odwróciłam się żeby na niego spojrzeć.
- Tak?
- Zobaczymy się jeszcze. Nie pytam ciebie, tylko stwierdzam. Przyjedziesz do mnie i wtedy pokażę ci cały Dortmund. Spodoba ci się, zobaczysz.
- Obiecuję. - odpowiedziałam i wtedy coś we mnie pękło. Sama go pocałowałam. I na co ja czekałam, wtedy, tam na parkingu? Może na tą pewność, której nabrałam właśnie tej nocy? Od tej chwili wiedziałam na pewno - byłam zakochana. Na amen. To się czuje. Tak po prostu.

(...) feel like I can't live without you
And it takes me all the way
I want you to stay.

wtorek, 26 lutego 2013

2. You make me wanna say...

And maybe this is goin' too fast
And maybe it's not meant to last

Maybe you could take me in
Somewhere underneath your skin?

Dobrnęłam jakoś do końca tego dywanu. Oczywiście całkowicie rozkojarzona. Nawet nie wiem jak wyszły zdjęcia, średnio mnie to obchodziło. Jezu, Anka, obudź się, jesteś w pracy - mówiłam sama do siebie. Razem z tłumem fotoreporterów w moich niebotycznie wysokich (no dla mnie 8 cm to jest naprawdę dużo) szpilkach przeszłam do sali, w której wręczali te całe nagrody. Jakiś względnie miły pan posadził mnie z prawej strony, powiedział gdzie mogę stać i robić zdjęcia, no i nie zapomniał dodać, że po wszystkim jest tzw. after, ale bez aparatów. Wiadomo, prywatność, pijaństwo... ech, ci piłkarze, wiesz o czym mówię. Jedna nagroda, druga, trzecia... nagle "Transfer Roku" - Marco Reus. Okej, niech sobie idzie, gratulacje, statuetki, kwiaty i inne duperele. I chyba pomyślałam sobie w złą godzinę, bo z tłumu wiwatujących piłkarzy wyłonił się On. Mój wybawca od karty. Ciśnienie podskoczyło mi chyba do trzystu, jak nie więcej. Zaraz podleciałam pod scenę jak ninja (co w szpilkach jest nie lada sukcesem), cyknęłam kilka fotek i opadłam na fotel jak kłoda. Czyli ma na imię Marco - już coś wiem, sukces. Cała ta nadmuchana szopka skończyła się w półtorej godziny. Całe szczęście bo dłużej bym nie dała rady latać z fotela pod scenę, dobrze że moja kondycja miała się dobrze. Potem dawaj szybko 'na ściankę', zdjęcia z nagrodami, wywiady, gratulacje, uściski, okrzyki... W tłumie dostrzegłam mojego kolegę z Berlina, który zaprosił mnie do swojego stolika. Ależ mi się nie chciało iść, o panie... Ktokolwiek wymyślił tę całą akcję ze strojami wieczorowymi niech zginie i przepadnie. Pół godziny później siedziałam na schodach w kącie i masowałam stopy. No czułam że następnego dnia będę płakać z bólu. Aż tu nagle...
- Dobry wieczór - odezwał się ktoś, zapewne do mnie, bo nikogo innego nie widziałam.
- Średnio dobry, ale dziękuję za troskę - odpowiedziałam praktycznie do siebie, ale odwróciłam głowę żeby nie wyjść na niegrzeczną... o kurwa.
- Może pomóc? - uśmiechnął się i podał rękę. To tacy dżentelmeni jeszcze żyją?!
- Jak masz jakieś wygodniejsze buty... - no i masz, znowu pierdzielę od rzeczy. Zaśmiał się. Jak się uśmiecha, to zawsze robią mu się takie fajne zmarszczki ;)
- Wiesz, Anna, butów nie mam, ale podobno serwują dobre znieczulenia w barze.
- Wybacz, ale jestem samochodem - odpowiedziałam powoli wstając oparta o jego ramię
- No to co, zostawisz samochód na parkingu, wrócisz taksówką, a rano sobie odbierzesz, no chodź, nie daj się prosić!
- Tyle że ja przyjechałam z Essen i trochę ciężko będzie mi wrócić do domu taksówką.
- Szkoda... no ale rozumiem. - kurde, naprawdę było mu przykro! Widziałam to w jego oczach. No i musiałam jakoś zareagować.
- Poczekaj tu chwilę. - ubrałam buty i chwyciłam torbę z aparatem
- Coś się stało?
- Zaniosę to tylko do auta i zaraz wracam, okej?
- No dobra, ale po co? - ludzie są czasem naprawdę ślepi...
- Bo trochę ciężko by mi się tańczyło z torbą, nie sądzisz? - odpowiedziałam mu najgrzeczniej jak tylko potrafiłam bo miałam ochotę się roześmiać.
- No tak. Głupi jestem.
Nie dałam rady - buchnęłam śmiechem. On też. Nie tracąc czasu ruszyłam przed siebie szczerząc się do wszystkich ludzi dookoła. Wariatka. W minutę dotarłam do samochodu - jezu, ależ było zimno! Włożyłam torbę do bagażnika, zabrałam kopertówkę i usiadłam. Musiałam chwilę pomyśleć, ochłonąć. Zastanawiałam się co ten facet w sobie ma, że jestem przy nim taka radosna. Taka... inna. Przecież ja się tak nie zachowuję, zawsze z tyłu, wręcz niewidzialna. Powiedziałam sobie, że chcę spędzić ten wieczór tak, żebym ani go nie żałowała, ani też zbytnio nie zwariowała. Szybko zamknęłam samochód i puściłam się pędem do drzwi hotelu, bo zaczął sypać śnieg, a ja w samej kiecce, bez kurtki. Nagle przestały boleć mnie nogi i poczułam, że przestałam się spinać. I wiesz co było dalej? Stał przed wejściem i na mnie czekał. Na wesołego to on nie wyglądał.
- Zwariowałaś?! Wychodzić tak na mróz bez kurtki?
- Ciepło jest! - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się - a właściwie to co ty tutaj robisz? Nie miałeś czekać przypadkiem na górze?
- Szczerze? Myślałem że sobie pojedziesz... ale teraz mi nie uciekniesz. - spojrzał na mnie cwaniackim wzrokiem i chwycił za rękę.
- To była groźba?
- Interpretuj to jak chcesz - chwycił mnie mocniej i wręcz pobiegł ze mną schodami na górę, a potem na salę. Modliłam się w duchu żeby się nie wywalić, albo żeby nie zacząć piszczeć. Zatrzymał się centralnie przed parkietem i popatrzył na mnie tymi swoimi pięknymi ślepiami. Nogi mi zmiękły.
- Droga pani fotograf, czy zechciałaby pani ze mną zatańczyć?
- Ależ naturalnie, nagrodzony panie piłkarzu!
Po drodze rzuciłam torebkę na swoje krzesło i w tym czasie zmienili utwór i z imprezy zrobiła się pościelówa. O damn... myślałam, że takie historie zdarzają się w bajkach albo innych filmach. Zabierzcie mnie stąd, teleportujcie lub cokolwiek, ja zgłaszam nieprzygotowanie do życia! Niestety, było już za późno. Pianino, pani śpiewająca utwór którego nie słyszałam jeszcze nigdy dotąd. Sunęliśmy lekko po parkiecie, a dla mnie zatrzymał się czas. Słuchając tej piosenki wpatrywałam się w niego jak w święty obrazek. Analizowałam tekst...

If I'm not in love with you
What is this I'm going through
Tonight
And if my heart is lying then what should I believe in
Why do I go crazy
Every time I think about you baby
Why else do I want you like I do
If I'm not in love with you

Przecież ja go znałam tylko kilka chwil. Znałam - za dużo powiedziane, jak można powiedzieć że się kogoś zna, skoro na tamtą chwilę znałam jego imię i nazwisko? Nie jestem dzieckiem, powinnam trzeźwo patrzeć na świat... ale wtedy... jakoś się nie dało. Po tej piosence poszliśmy usiąść w bardziej ustronne i ciche miejsce. Rozmawialiśmy do czwartej rano śmiejąc się i żartując co chwilę. Dowiedziałam się w jakim klubie gra, czym się zajmuje, ja opowiedziałam mu jak właściwie znalazłam się w Niemczech, o mojej przygodzie z fotografią. Taka niby niepozorna rozmowa. Już wtedy czułam, że mogę mu powiedzieć wszystko. Niestety jak to zazwyczaj bywa, każda impreza ma swój początek i koniec. Czas było się zbierać, następny dzień miałam wolny (z resztą jak każdy inny), ale nie uśmiechało mi się wrócić później niż Kasia wróciłaby z dyżuru w szpitalu.
- Marco?
- Tak?
- Muszę...
- Tylko mi nie mów, że musisz już jechać... - co się zląkł to byłam w szoku.
- No zgadłeś!
- Ale jeszcze tyle...
- Wiem. Ale jest późno.
- No to co? - zapytał zdziwiony, a ja się roześmiałam. Wstałam, on automatycznie zrobił to samo. Chwyciłam go za ręce, spojrzałam wzrokiem który mówił "ja też chciałabym jeszcze tobie tyle powiedzieć, ale muszę już iść, chociaż tak bardzo tego nie chcę". Że nie spłonęłam tam żywcem to cud. Jej, jak on mnie peszył...
- Marco, naprawdę muszę już jechać.
- No to chociaż cię odprowadzę, proszę?
- Okej - i razem ruszyliśmy w stronę szatni. Ubrałam płaszcz i szal, gdy przed drzwiami zorientowałam się że zapomniałam wziąć torebki. Blondyn ruszył po nią, trochę długo go nie było ale tłumaczył się kolejką. No okej. Stojąc przy moim samochodzie chciałam się jakoś pożegnać. Nie wiedziałam czy się jeszcze zobaczymy. Nic nie wiedziałam. Nie lubiłam takiej niepewności.
- To był naprawdę miły wieczór, wiesz? - zaczął pierwszy.
- Wiem. I dziękuję. Cieszę się, że cię poznałam - odpowiedziałam jak najbardziej szczerze.
- Ja bardziej. - i mówiąc te słowa kierował się w moją stronę. Wiedziałam co chce zrobić. W ostatniej chwili odwróciłam głowę i jego usta znalazły się... na moim policzku.
- Dobranoc, Marco. - odpowiedziałam, wsiadłam do samochodu i powoli opuszczałam parking.  Stał w bezruchu, dopóki nie zniknął mi z pola widzenia. Pewnie zastanawiasz się dlaczego go nie pocałowałam. Sama nie wiem. Może byłam na tyle głupia że czegoś się bałam? Może kolejnego zranienia? Może nie chciałam robić sobie złudnych nadziei na coś więcej? Ja już taka jestem, że potem rozpamiętuję. Nie chciałam mieć złamanego serca. Na tamtą chwilę nie wiedziałam, czy się zakochałam. Jeszcze.
Wróciłam do domu. Cathy jeszcze nie było, całe szczęście. Zdjęłam baleriny i dopiero wtedy poczułam jak bardzo bolą mnie nogi. Szybko zmyłam makijaż, przebrałam się w koszulkę i szorty i chciałam nastawić sobie budzik na 10:00 żeby obrobić zdjęcia i wieczorem je oddać. Nagle z futerału wypadł skrawek serwetki, a na nim numer telefonu i podpis "I wasn't finish dreaming, about your lips. Don't wake me up." 
No i co ja miałam wtedy robić? Coś się zaczęło, a ja nie mogłam tego skończyć. Nie chciałam. Popatrzyłam na ten świstek, uśmiechnęłam się, powiedziałam "W takim razie dobranoc.", a sama długo nie mogłam zasnąć.

sobota, 9 lutego 2013

1. It's only beginning.


And the party's over just don't forget me.
We'll change the pace, and we'll just go slow.

Zacznijmy od tego, że Annie była zapaloną panią fotograf-amator. Fotografowała wszystko, jednak najbardziej fascynowała ją fotografia w ruchu. Dlatego strasznie ucieszyła się, kiedy usłyszała, że wygrała konkurs, w którym nagrodą było fotografowanie Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Mogła zajrzeć wszędzie - od stadionów, po sale treningowe, aż do szatni i miasteczka. Tam zauważył ją pewien człowiek, który zaproponował jej otwarcie swojego własnego studia, ale w Essen. Z Berlina był spory kawałek, a przecież rok temu się przeprowadziła, musiałaby rzucić wszystko (studia na filologii niemieckiej, stancję, dorywczą pracę w redakcji, która dawała jej jakoś się utrzymać, znajomych...) i tylko tam pojechać. Miałaby wszystko zapewnione - własne mieszkanie, samochód, studio i parę groszy na początek. Każdy normalny człowiek puknąłby się w głowę, pewnie to jakiś naciągacz, zboczeniec, zobaczył że jest zdolna to ją zbajeruje, obieca gruszki na wierzbie i przepadnie. Błąd. Anka nie jest w ciemię bita, popytała tu i ówdzie co to jest za facet. Okazało się, że oferuje on młodym zdolnym takie jakby stypendium, przepustkę do lepszego świata. Wszyscy którzy skorzystali z tej propozycji nie żałują. Dostała miesiąc na zastanowienie, rozważyła wszystkie za i przeciw... i ruszyła przed siebie. Rodzice nie byli zbyt zadowoleni, ale nie przejęła się tym zanadto, przecież oni zawsze byli przeciwko wszystkiemu. Jedynym warunkiem było zabranie ze sobą przyjaciółki, którą poznała 10 lat temu w rodzinnym Poznaniu i z którą mieszkała w Berlinie. Postawiła wszystko na jedną kartę i jeszcze we wrześniu znalazła się w Essen. 

Początki nie były kolorowe, wiesz, same, w obcym mieście, zdane w sumie tylko na siebie. Mieszkanie dwupoziomowe, piękne, duże, słoneczne, z wielkim tarasem, przytulną kuchnią, dwie łazienki, w tym jedna z wielką wanną, salon na co najmniej 15 osób i 4 sypialnie. Sobie wybrałam z największym łóżkiem, grunt to zdrowy sen! Samochód szybki, nie wiem w sumie po co mi taki, no ale darowanemu koniowi i tak dalej... Studio w centrum, tyle że to właśnie z nim miałam największe problemy. Zaczęłam od zera, trzeba było dać jakąś reklamę, coś... do świąt miałam 3 małe zlecenia, które nawet nie pozwoliły mi się rozwinąć tak jak chciałam. Za ostatnie pieniądze pojechałam do domu na święta, oczywiście udając przed rodzicami że jest cudownie. Prawda była taka, że większość czasu spędziłam w domu albo w mieście na siłę szukając sobie jakiejś dorywczej pracy dla zabicia czasu. Powiedziałam sobie - 2013, nadchodzę, masz być dla mnie dobry! Przynieś mi mnóstwo zleceń, zdrowie i miłość... to ostatnie w sumie było mi średnio potrzebne do szczęścia bo nikogo nie potrzebowałam, no ale jak się nie zamarzy, to się nie spełni, a bycie starą panną całe życie mi się nie uśmiechało. Wróciłam do Niemiec z naładowanymi bateriami. I bach! Telefon, za 3 dni jest jakieś rozdanie nagród piłkarskich w Dortmundzie, ktoś zachorował i muszę go zastąpić. Okej, przecież to tylko jakieś 40 kilometrów, co prawda za cholerę nie znam tego miasta, ale będą z tego niemałe pieniądze! Obowiązuje strój wieczorowy. Lol, nie mam nic takiego... Cathy mi pożyczyła sukienkę. Mała czarna, wiesz, nogi odkryte, talia podkreślona, biust też. Czułam się tragicznie, bo przecież nie rozstaję się z t-shirtem i dżinsami. Jeszcze dostałam szpilki. Cud że umiałam na nich chodzić! Pomyślałam sobie że może Kaśka pojedzie ze mną, ale miała praktyki w szpitalu, czyli spoko, byłam zdana na siebie. Przed wyjazdem spojrzałam jeszcze na listę gości, cała bundesliga, polska trójca, reszty nie kojarzyłam z imienia i nazwiska. Położyłam szpilki na przednim siedzeniu, nałożyłam baleriny i ruszyłam. W lusterku spojrzałam jeszcze na fryzurę i makijaż - kurde, czyli jednak potrafię jakoś wyglądać. Przyjechałam godzinę przed czasem, czyli zgodnie z planem. Przy wejściu dostałam przepustkę prasową i ustawiłam się przy czerwonym dywanie. Powoli zbierały się vipy i inne gwiazdy. Nagle zauważyłam Lewandowskiego z narzeczoną. Wszyscy darli się po niemiecku, dlatego pomyślałam że czemu by nie spróbować krzyknąć po polsku? Zadziałało! Od razu look w moją stronę, uśmiech, poza. Bezapelacyjnie miałam najlepsze zdjęcie! Podobnie stało się z Błaszczem i Piszczem, stali w szoku, a potem się śmiali, naprawdę nie rozumiem dlaczego ;) wszystko przebiegało zgodnie z planem... do momentu kiedy wszedł On. Luzackim krokiem wszedł na dywan, stał. Rozglądał się. Wszystkie flesze oślepiały go niemiłosiernie. Mnie w sumie też. Stałam przy tej barierce i, niech to szlag, skończyła mi się pamięć na karcie... dawaj po omacku szukać nowej. Pech (pech? hmmmm...) chciał, że szukając drugiej, ta pierwsza spadła wprost pod nogi przystojniaka. Spłonęłam rumieńcem, dostałam palpitacji. Kurde, nie zauważy, wyrzucą to, cała praca na marne, tylko nie to! Jakże się pomyliłam... stoi, patrzy w dół, sięga po nią, znowu się rozgląda, szuka osoby której to wypadło. Cholera, patrzy na mnie! Nieśmiało podnoszę rękę dając mu do zrozumienia, że to moja zguba. Podchodzi... dopiero teraz jestem w stanie dostrzec idealnie skrojony garnitur, nienagannie dobrane buty, potem spinki, które błyszczą ledwo widoczne pod marynarką... blond czupryna... oczy... takie same jak moje... zadziwiające, że pamiętam z tego dnia takie detale. Szczęście, że na "wybieg" wszedł ktoś nowy, bo pewnie znalazłabym się w brukowcach jako ofiara losu, której pomaga piłkarz. Uśmiechnął się...

- Niezły tu tłok, co nie?
- Trochę... - czułam jak mi się krew gotuje w mózgu
- To twoje? - zapytał i wyciągnął dłoń z kartą a ja powoli spalałam się ze wstydu... nie zapomnijcie pozamiatać!
- Tak. Przepraszam, niezdara ze mnie, skończyła mi się karta, sięgałam po drugą, ta mi wypadła, a potem to już wiadomo... - Jezu, Anka, zamknij się, nawijasz jak katarynka! Weź to i przepadnij - pomyślałam sobie, ale jak widać trochę za późno.
- Proszę, dobrze że zauważyłem, przecież to twoja praca, pewnie by się wkurzyli jakbyś nic nie przyniosła
- Trochę bardzo. Dziękuję! I jeszcze raz przepraszam. - dukałam jakbym zapomniała języka
- Nie jesteś Niemką... - kurde, a co to za stwierdzenie?!
- Nie, jestem Polką, ale mieszkam w Niemczech od 1,5 roku.
- Polka! Polska, jak Lewy, Kuba i Lukas! Całkiem ładnie mówisz po niemiecku, wiesz?
- Dzięki - spoko, spaliłam się po raz drugi...
- Muszę już iść do sali, miło było cię poznać... zaraz, masz jakieś imię?
- Anna.
- W takim razie do zobaczenia, Anno, na gali.
- Mhm, do widzenia.
Szkoda, że się nie przygotowałam i nie wiedziałam nawet jak ma na imię... nie dość, że niezdara, to jeszcze kretynka. Z podwyższonym ciśnieniem, zawałem i Bóg wie co jeszcze. O dziwo nie spowodowanym tym incydentem. Jeszcze nigdy nie zadziałał tak na mnie żaden facet...

I never wanted anything so much
Than to drown in your love.



czwartek, 17 stycznia 2013

prolog.


Każdy z nas ma prawo do szczęścia. Nieważne ile mamy lat, jaką reprezentujemy narodowość, płeć, czy też religię. A jeżeli szczęście połączymy z miłością to osiągamy pełnię i spełnienie. Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia. To znaczy nie wierzyłam. Do czasu, aż poznałam bohaterkę tego opowiadania, która podzieliła się historią swojego życia właśnie ze mną. Historią, która z początku wydała się piękna, cudowna, usłana płatkami róż. Nie zawsze taka była i pewnie nie zawsze taka będzie. Dlaczego opowiedziała ją właśnie mnie? Tego nie wiem do dzisiaj. Co do tej wiary… jej uwierzyłam. Sama jeszcze takiej miłości nie doświadczyłam, pewnie dlatego że nie umiem patrzeć. Zwłaszcza ‘pierwsze wejrzenie’ mnie gubi. Wyobrażam sobie Bóg wie co i bańka pryska szybciej niż powstanie. No, ale nie o mnie tu mowa, ja tylko dzielę się subiektywnymi spostrzeżeniami na temat Ann i jej mężczyzny. Aktualnie siedzę i piję kawę. I dzielę się. Dostałam pozwolenie, dlatego piszę. Być może odnajdziecie w tej opowieści cząstkę siebie. Wyciągniecie wnioski. Niczego nie obiecuję. Mam tylko nadzieję, że oderwiecie się od szarej rzeczywistości. Zaczniecie dokładnie patrzeć na świat, który Was otacza. Zaczniecie myśleć. Zaczniecie marzyć. Zaczniecie się uśmiechać. Zaczniecie ŻYĆ.




Całość jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest zupełnie przypadkowe.